fbpx

Droga do Parku Narodowego Etosha

Przejechaliśmy Ovamboland, północną część Namibii, rozciągającą się przez jakieś 350 km. Miasteczko, za miasteczkiem, miasto za miastem i największe skupiska ludzi wokół. Na drogach krowy, osły, szalejące samochody, ale przede wszystkim już asfalt. Te 350 km zajęło nam 10 godzin. W Ovamboland 99% wszystkich nazw miejscowości zaczyna się na „o”, nie mam pojęcia dlaczego. Ostatnie 50 km pobłądziliśmy, ale tak szczęśliwie, że zamiast przejechać asfaltem, wjechaliśmy omyłkowo do Etoshy. Pojawiły się pierwsze antylopy gnu, springboki, kudu, guźce a nawet słoń. Przedsmak tego wszystkiego, co mieliśmy zobaczyć przez następne trzy dni.

Część pierwszą naszej namibijskiej przygody.

Nasz plan podróży po Namibii.

 

Etosha

Park Narodowy Etosha ma powierzchnię prawie 23 000 km2. Rozciąga się przez 360 km, co oznacza gigantyczne połacie chronionej przyrody. Można po nim jeździć samochodem, nie można z niego wysiadać, choć widzieliśmy myślących inaczej. Jest tu wielka czwórka afrykańska, czyli słoń, nosorożec, lampart i lew. Brakuje bawoła afrykańskiego. Jest też wiele innych zwierząt, które rozpoznajemy dzięki temu, że zakupiliśmy Atlas zwierząt Etoshy😊 Na terenie parku jest kilka państwowych ośrodków, w których można spać, zaś na recepcji każdego z nich leży wielka księga rejestru zwierząt. Każdy turysta może wpisać kiedy, gdzie i jakie widział zwierzę. Nad księgą rejestrów wisi okólnik Ministra Środowiska, iż uprasza się, by turyści nie rejestrowali nosorożców. Te potężne zwierzęta są pod szczególną ochroną w związku z plagą kłusownictwa i wierzeniami, że proszek z nosorożcowego rogu leczy AIDS. Na widzianej niedawno wystawie zdjęć widziałam oskalpowanego nosorożca, umierającego z bólu. Namibia jest wśród państw, które strzegą nosorożców niczym diamentów.

Pierwszego dnia widzieliśmy mnóstwo zwierząt, żyrafy pałętające się między naszymi samochodami, zebry i lwy, ale królem naszego „polowania” zostały… hieny. Potężne i silne zwierzęta pokazały nam swoją wściekłość i rozjuszenie, gdy mimochodem byliśmy świadkiem rozszarpywania przez nie upolowanego kudu. Wrzask ofiary rozdzierał uszy, balansując na granicy wrzasku, skomlenia i płaczu dziecka. Mimowolnie odwróciłam głowę, by się uspokoić, że dzieciaki bezpiecznie siedzą na tylnym siedzeniu. Hien było kilka, co chwila wybiegały wściekłe na drogę lub w krzakach dzieliły między siebie wielkie kawały mięsa. Przerażający i wciągający spektakl.

 

 

Drugiego dnia w Etoshy już wydawało się, że jego gwiazdą pozostaną zebry, majestatycznie ciągnące całymi stadami nad wodopój. Jedna za drugą, wyglądały jak wstążki wijące się przez kilometr. Piękne jak z obrazka. Jechaliśmy wąskim szutrem, spokojnie mijając potężne słonie wolno przeżuwające gałęzie akacji. Przemieszczały się w tempie dwa kroki na pół minuty i nic wtedy jeszcze nie zapowiadało bliskiej tragedii. Raz na jakiś raczej rzadki czas mijaliśmy jadące z naprzeciwka auto. W pewnym momencie dojechaliśmy do zakrętu, na którym widać było zaklinowane dwa samochody. Przystanęliśmy jakieś 10 metrów za nimi, by miały czas i możliwość się wyminąć. Ale one stały. Po 10 minutach drogę za nami zablokowały cztery następne samochody. I wtedy zaczął się dramat. Jedno auto przed nami zaczęło cofać i widać było, że jest popychane przez inny jadący przed nim samochód. Z jego okna wystawała ręka i dawała znaki do cofania. Wtedy jeszcze myślałam, że chcą po prostu przejechać. Dopiero gdy po kilku minutach popychające auto było przy mnie zrozumiałam, że krzyczano by uciekać, bo idzie wściekły słoń. Niestety drogi ucieczki nie było, cztery auta za mną zablokowały przejazd. I wtedy go ujrzałam. To był kolos, wysoki na jakieś 4,5 metra, wściekle wachlujący uszami i idący prosto na nas. Zaczęłam cofać, ale auta za mną cofały za wolno, by zdążyć uciec. W ostatniej chwili dojrzałam mały przesmyk, wrzuciłam przedni bieg i uciekłam przezeń spod wielkich nóg słonia, które były już nie dalej niż 10 metrów od auta. Byliśmy uratowani! Wieczorem w księdze rejestru zwierząt odnotowałam wściekłego słonia, gdzieś pomiędzy oczkiem wodnym Aus a Olifantsbad, którego ogromniastych nóg i trzepotu uszu, choć to niemożliwe bym słyszała, nie zapomnę do końca życia.

 

 

Jest w środku Etoshy takie miejsce, gdzie nocą można podglądać zwierzęta. Nazywa się Okaukuejo i aktorów Etoshy oświetlonych nad oczkiem wodnym, odgradza jedynie płot od widzów, którzy potrafią przesiedzieć całą noc, by oglądać niezwykły spektakl, jakim jest życie zwierząt. Pojawiają się po kolei. A to odejdzie lew i przyjdą zebry, a to żyrafa się ostrożnie skradnie, by potem ustąpić miejsca nosorożcom. I tak można oglądać w nieskończoność. Butelka wina na ławce, lornetka, aparat i discovery channel na żywo przed nami

Poznaj informacje praktyczne na temat pobytu w Etoshy.

 

 

Gepardy

Po czterech dniach polowania na zwierzęta, musieliśmy już opuścić Etoshę. Napotkaliśmy jeszcze drzewa moringa, nazywane też drzewami duchów. Jest taka przypowieść ludu San, że jak Bóg stworzył już życie na ziemi, to odkrył, że zostało mu jeszcze kilka drzew moringa i rzucił je z nieba, a te spadły na ziemię korzeniami do góry. A tymczasem na naszej drodze pojawiła się farma gepardów. To ponoć najszybsze lądowe zwierzęta, a przy tym najłagodniejsze z kotów. Właściciel ma kilka oswojonych (choć nadal to dzikie koty), a resztę można oglądać z przyczepy samochodu, na której się stoi a właściciel obwozi po farmie podczas ich karmienia. Zjadają po 3 kg mięsa dziennie. Większość filmów o gepardach, kręconych w Namibii, jest robiona właśnie na „naszej” farmie w Otjitotongwe. W Etoshy, choć jest ich sporo, nie spotkaliśmy ani jednego, są dla nas po prostu za szybkie.

 

 

Zakończenie

Jest w Afryce magiczna moc płynąca z jej serca – ludzi, przyrody, zachodów słońca, zapachów ziemi i pewnie tysiąca innych okoliczności, nie zawsze świadomie zanotowanych. Kto się otworzy na Afrykę, ten będzie tu wracać, bo gwiazdy świecą inaczej, przyroda jest na wyciągnięcie ręki, a słońce nawet zimą barwi świat na ciepłe kolory. Nasze pożegnanie z Namibią przeżywamy w kolejnym parku pełnym dzikich zwierząt – prywatnym parku Erindi. Spotkaliśmy tutaj dzikie psy, których nie było nam dane obejrzeć w Etoshy i białego nosorożca. Jest dwa razy większy niż czarny widziany w Etoshy. Tak naprawdę kolor mają ten sam, ponoć biały wynika z pomyłki w angielskim – ktoś kiedyś powiedział „white” zamiast „wide” (szeroka szczęka w odróżnieniu od wąskiej u czarnego nosorożca)  i tak został biały nosorożec. Od czarnego różni się dwukrotnie większa wagą (do 2,2 tony i swoją paszczą – jest szeroka u dołu zamiast wąskiej jak u czarnego, który mi przypomina małego stegozaura:). Do tej pory pomimo wielu wysiłków nie widzieliśmy lwa z grzywą (czyli samca, wciąż spotykamy samice lub młode samce, nie mające jeszcze grzywy), nie widzieliśmy również lamparta. Zatem poza milionem innych, mamy bardzo ważny powód, by jeszcze do Namibii wrócić.

 

 

Maria Pertek: Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Od niedawna blogerka.