fbpx

Bardzo często w podróży jest tak, że jedno słowo lub obraz powoduje, że już kiełkuje myśl  o kolejnej wędrówce. Tak było z Namibią. Spotkaliśmy w Republice Południowej Afryki, fantastycznego przewodnika, który przez wiele lat pracował w Namibii i tak pięknie o niej opowiadał, że obiecaliśmy sobie następne wakacje właśnie tam. Na to „tam” czekaliśmy rok planując przez ten czas co dokładnie zobaczymy. I tak powstała nasza 24-dniowa trasa po Namibii, od stolicy Windhoek, przez południe a następnie północ kraju, by skończyć tam, gdzie zaczęliśmy. Zrobiliśmy ponad 6000 km w kurzu, czasem zimnie, ale zawsze z zachwytem nad tym co mijaliśmy.

Początek przygody

O naszych przygotowaniach możesz przeczytać tu.

Pierwszy dzień poświęciliśmy na sprawy organizacyjne. W tym dniu odebraliśmy samochód od Jurka Mazgaja i Jego cudownej żony Helmi z Bocian Safaris, którzy pomogli nam zorganizować tę wyprawę. Cały dzień zajęły nam zakupy, kupowanie telefonu z kartą i inne takie sprawy, którymi nikt się nie chce zajmować a niestety trzeba. Potem zostało nam już tylko wyruszyć przed siebie. Namibijską przygodę rozpoczęliśmy u stóp pustyni Kalahari. Czerwony piasek wdzierał się wszędzie a pierwsze dzikie zwierzęta tylko podsycały radość z ponownego spotkania z Afryką. Największe wrażenie zrobił na nas napotkany na nocnym safari mrówkojad. Zjada każdej nocy do pięćdziesięciu tysięcy termitów, a potem idzie spać. Jego tłuszczem Buszmeni nacierali ciało, by nie marznąć w chłodne poranki. Potrafi kopać tak głęboko, że musieliśmy uważać, by samochód nie wpadł w pozostawione przez niego dziury i nie ugrzązł z nami w środku. I tak oto rozpoczęła się nasza namibijska przygoda!

Nasz plan podróży po Namibii.

 

Buszmeni

Z Buszmenami umówiliśmy się przy kopcu termitów. Pozostało ich (Buszmenów) w Namibii około 35 000, z czego już tylko około dwóch tysięcy żyje jeszcze w buszu, ubiera się w skóry zwierząt i poluje na to co je. Pozostałych pochłonęła cywilizacja. Część z nich pracuje przy różnych projektach finansowanych przez organizacje mające na celu pomoc rdzennym mieszkańcom Afryki, takich jak choćby wioski demonstracyjne. Nasza wioska była bardzo mała – prowadzona przez jedną rodzinę, która w tradycyjnym ubiorze, pokazywała życie codzienne swoich przodków i sprzedawała własnoręcznie wykonane wyroby. Oczywiście wolałabym odwiedzić ich w jakimś buszu, porozumiewać się na migi i odkrywać nieopisane, ale niestety spóźniliśmy się o dobrych sto lat:)

Strzała amora. Wygląda jak łuk, tyle że ma jakieś 25 cm. Buszmenom służy do tego, by wybrać sobie żonę. Gdy kobiety tańczą przy ognisku, młodzieniec trafia swoją wybrankę taką strzałą w jej pupę, okazując w ten sposób swoje zainteresowanie. Jeśli kobiecie taki amant przypadnie do gustu, chowa strzałę za pasek na piersi okazując w ten sposób swoją akceptację dla adoratora. Jeśli natomiast nie wpadnie jej w oko, kobieta łamie strzałę i rzuca na ziemię. Proste prawda? Nie wiem dlaczego my ludzie prawielatający w Kosmos, tak skomplikowaliśmy te proste sprawy…

 

 

W dół Namibii

Jedziemy na południe w kierunku Kanionu Rzeki Rybnej. Przestrzeń wokół nas jest ogromna i pusta. Nie ma fabryk, dużych miast, w powietrzu unosi się zapach ziemi, przez większą część dnia kurz. Wokół głównie nieznana nam roślinność i zwierzęta. Pokonujemy duże odległości, czasem 100 km w jedną godzinę, a czasem sam przejazd stukilometrowego odcinka zajmuje ponad 3 godziny… Niespodzianki czekają na nas na każdym kroku. Jak choćby las drzew kołczanowych, zwanych inaczej drzewami kokerboom. Wysokie do 8 metrów, wyglądają jak drzewa choć tak naprawdę to rodzina aloesów. Mają niezwykle uroczą korę i wyglądają na prawdziwych twardzieli, a tymczasem są bardzo miękkie w środku i mają płytkie korzenie. Urzekają na tle zachodzącego słońca. Zaraz za lasem kołczanów, napotkaliśmy Plac Olbrzymów, kawałki skalne liczące ponad 170 mln lat (!), ułożone jedne na drugich – kiedyś otoczone ziemią, później wypłukaną tak, że ostały się tylko skały. W labiryncie tych skał można utknąć na długie godziny.

 

 

Fish River Canyon

Kiedyś przeczytałam książkę, którą rozpoczynały te słowa: „Miałam w Afryce farmę u stóp gór Ngong (…)” i w jakiś sposób towarzyszą mi one po dziś dzień. „Pożegnanie z Afryką” i późniejsze podróże  na ten ląd, wyczuliły mnie na zapachy, kolory, zachody słońca i odmienność życia tego kontynentu. O dniu, w którym obudziłam się nad Kanionem Rzeki Rybnej, mogę śmiało napisać „miałam w Afryce nocleg u stóp Kanionu Rzeki Rybnej” i było to wspaniałe przeżycie. Drugi co do wielkości kanion na świecie, o głębokości 550m, który można przejść w 5 dni, skradł nasze serca. My wędrowaliśmy wzdłuż jego górnych krawędzi i podziwialiśmy to, co wyrzeźbiła natura. Niemiłą niespodzianką było spotkanie z jadowitym wężem, a nawet dwoma – horned addler, ale tak po prawdzie to wiedzieliśmy, że one tu są i bacznie się rozglądaliśmy. Natomiast zupełnie zaskoczyła nas euphorbia – krzak gęsto porastający kanion, niezwykle urokliwy. Jakimś siódmym zmysłem czuwałam nad tym, by dzieci go nie łamały i okazało się, że słusznie. Krzak jest trujący – trzy krople mleka z jego gałęzi wystarczą, by człowiek nie przeżył…  (przynajmniej tak nam powiedziano, a sprawdzać nie zamierzamy)

 

 

Luderitz

Nasza dalsza trasa prowadziła do Luderitz nad Oceanem Atlantyckim. W trakcie jazdy, krajobraz zmieniał się diametralnie, by na koniec zaserwować nam księżycową aurę i drogi zasypywane piaskiem unoszonym przez wiatr wiejący od oceanu. Po drodze zatrzymaliśmy się w urokliwym miasteczku AUS, za którym spotkaliśmy dzikie konie. Są to ponoć jedyne na świecie pustynne konie. Skąd się tam wzięły do końca nie wiadomo, choć teorii jest kilka. Samo Luderitz, choć może się poszczycić niezwykle ciekawą swoją historią, przytłacza zwyczajnością, choć chyba w tym właśnie tkwi jego urok:)

 

 

Miasto duchów

Niedaleko za Luderitz znajduje się Miasto Duchów, a dokładnie Kolmanskop. Domy zasypane piaskiem i grożące w każdej chwili zawaleniem, przeżyły swój okres świetności sto lat temu. Gdy na tym terenie znaleziono pierwsze diamenty, ściągnęły do miasta rzesze kopaczy w poszukiwaniu własnego szczęścia a raczej bogactwa. Czego tam nie było! Kasyno, własna stacja kolejowa, stacja prądowa, piekarnia, fabryka lodu, choć samo miasto liczyło dwie główne ulice i zamieszkiwane było tylko przez kilkadziesiąt rodzin. Skończyły się diamenty, miasto opustoszało. Zanim się to jednak stało, prawie wyginęły strusie. Te piękne ptaki połykają kamienie dla lepszego trawienia, a że nie odróżniają kamieni zwykłych od szlachetnych, łykały mnóstwo diamentów, co jak można się domyślić, sprzyjało zabijaniu strusi. Dopiero, gdy stworzono Strefę Zakazaną, do której zabroniono wstępu zwykłym śmiertelnikom pod karą roku pozbawienia wolności, strusie mogły odetchnąć z ulgą… I choć w Kolmanoskop diamentów już się nie wydobywa, to są w Namibii inne obszary, gdzie znajdują się ich złoża a dostać się do nich można jedynie na podstawie specjalnego zezwolenia.

 

 

U stóp pustyni

Nasz pierwszy dzień na Pustyni Namibijskiej na terenie Parku Narodowego Namib-Naukluft zapamiętam już do końca życia. Wstaliśmy przed wschodem słońca by wdrapać się na pierwszą napotkaną wydmę. Gdy się do niej zbliżaliśmy słońce jeszcze się nie wyłoniło, ale jasność, która zaczęła wylewać się znad linii horyzontu zaczęła już oświetlać ziemię. Otaczała nas bezkresna pustynna preria i cisza absolutna. Przykucnęłam wówczas do pamiątkowego zdjęcia z synkiem, gdy chwilę później za naszymi plecami usłyszeliśmy tętent galopującego oryxa. To dudnienie niemal odbijało się echem w uszach, pośrodku zapierającej dech w piersiach przyrody. Chwilę potem wzeszło słońce i zalało wszystko tysiącami odcieni ochry i czerwieni. To była absolutnie magiczna chwila.

 

 

Namib-Naukluft

A tymczasem dojechaliśmy już do serca Pustyni Namibijskiej – Doliny Sossusvlei otoczonej najwyższymi wydmami w Namibii. Każda z tych wydm ma swój numer. Wspięliśmy się na wydmę nr 45 liczącą 340 m, by najwyższą wydmę świata – nr 7, zwaną też Big Daddy, wyższą od „naszej” o 43 metry, podziwiać już tylko z boku:) Wspinaczka na wydmy to kawał ciężkiej roboty z osuwającym się piaskiem w roli głównej przeszkody. A gdy do tego dochodzi jeszcze palące słońce, to czujemy się niemal bohaterami narodowymi zważywszy na totalny brak napotkania naszych rodaków w tym kraju. Gdybyśmy tylko mogli, to na pewno zatknęlibyśmy polską flagę na szczycie:)

 

 

Deadvlei

Inne oblicze Pustni Namibijskiej to Martwa Dolina – Deadvlei. Wygląda jak nie z tej ziemi, z kikutami drzew skierowanymi prosto w niebo, wszechotaczającymi wydmami i czymś w rodzaju zaschniętego błota (?) przykrywającego taflę piasku. Wyschnięte drzewa liczą po 900 lat, zaś raz na pół wieku, gdy spadnie tu deszcz, powierzchnia doliny wypełnia się wodą, by obrodzić dywanami kwiatów rozkwitających na powierzchni wody. Ostatni raz coś takiego wydarzyło się w roku 2006 więc na kolejny taki spektakl cudu na pustyni, według statystyk będzie trzeba poczekać jakieś 40 lat.

 

 

Kanion Sesriem

Zwiedziliśmy jeszcze piękny Kanion Sesriem i udaliśmy się w dalszą podróż. Ale zanim dotarliśmy do cywilizacji, zatrzymaliśmy się na opisywaną w każdym przewodniku po Namibii, szarlotkę w Solitaire. Jest naprawdę pyszna, ale żeby w pełni docenić jej urok, muszę napisać, że Solitaire to coś mniej niż osada pośrodku pustyni. To jedna farma, która liczy 3 budynki, stację benzynową, wulkanizatora i oczywiście lotnisko:) Dawno, dawno temu, podróżnik szkocki „Moose” czyli Łosiu postanowił tu osiąść i założyć piekarnię. Na środku pustyni, pośrodku niczego, w odległości 180 km do najbliższego miasta. Dzisiaj nie ma turysty, który by się nie zatrzymał na szarlotkę w Solitiare. Niestety, jak wyczytałam z „tablicy chwały” na ścianie, „Moose” zmarł w roku 2004, ale jego szalone dzieło i legenda jak widać przetrwały do dziś.

 

 

Swakopmund

Naszą cywilizacją okazało się być piękne miasteczko Swakopmund położone nad Oceanem Atlantyckim. Prosto z ponad trzydziestostopniowych upałów trafiliśmy w środek tutejszej zimy, którą w końcu poczuliśmy. Temperatura spadła do 15 stopni i zaczęliśmy marznąć:) Wokół Swakopmund rozciąga się pustynia więc nie omieszkaliśmy sprawdzić, czy jest na niej jakieś życie. Okazało się, że całkiem bogate – węże, gekony, jaszczurki i nawet rośliny. Piękny świat! Tutaj w Atlantyku, ze względu na Prąd Bengalski, który przynosi ogromne ilości planktonu, są też jedne z najbogatszych zasobów rybnych. Samo Swakopmund było usiane licznymi galeriami ze sztuką afrykańską, kafejkami i knajpkami. Miasto przypominało nasz nadbałtycki Sopot:)

 

 

Wybrzeże Szkieletowe

Ruszyliśmy na Wybrzeże Szkieletowe, znane z tego, że wzdłuż jego brzegów wiele statków utknęło na mieliznach. Pozostały ich wraki, które są niezwykle…urocze. Droga solna, którą jechaliśmy doprowadziła nas do kolonii fok. Stado liczyło jakieś 2000 sztuk, z których każda krzyczała niemiłosiernie, pachniała też mało ciekawie, ale nas to nie odstraszyło. Foki możecie pooglądać tu.

Poprzeszkadzaliśmy im trochę i ruszyliśmy dalej. Kilka godzin później, gdy przepiękny krajobraz zaczął nas lekko już nużyć, przyszło nam spać w najpiękniejszym miejscu na świecie. Pod górą Spitzkoppe, przy zachodzącym słońcu, zalewającym górę czerwienią, grillowaliśmy szaszłyki z oryxów, popijaliśmy zimnym piwem i słuchaliśmy dźwięków nieznanego nam świata. A gdy się już ściemniło, niebo pokryło milionem gwiazd, widocznych jak nigdzie indziej na świecie, to już tylko zgadywaliśmy którego zwierzęcia mogło być ni to wycie, ni to miauczenie.

 

 

Pierwsze słonie

Gdy po drodze zaczęły pojawiać się znaki drogowe „uwaga na słonie”, zaczęliśmy rozglądać się wszędzie za nimi. Znaków przybywało, zaś słoni nie było ani śladu. W końcu zapakowaliśmy do auta jednego z pracowników lodgy, by nam pokazał gdzie można je znaleźć. Wywiózł nas 35 km do wyschniętego koryta rzeki i one tam były! Czekały na nas, najpierw jeden, potem przybyło ich jeszcze kilka. Pustynne, dzikie słonie, po prostu cudne! Po takim poranku udaliśmy się do wpisanego na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, Twyfelfontein, gdzie podziwialiśmy rysunki naskalne sprzed 6000 lat. Gdy ludzie z plemienia SAN, chcieli sobie cos pokazać, kwarcem rysowali na skale. A to żyrafy, a to ślady poszczególnych zwierząt, a to inne ciekawostki… Na naszej drodze pojawiły się też pierwsze kobiety Herero. Jeszcze na początku XIX wielu były odziane w skóry, ale niemieccy misjonarze uznali ten strój za zbyt bezwstydny i nakazali noszenie wiktoriańskich sukien. Bufiaste rękawy, gorsety, niekiedy bolerka, to dzisiejsza codzienność kobiet Herero. A na głowie nakrycie w kształcie rogów krowy, gdyż dla ludu Herero, krowa to najpiękniejsze zwierzę świata.

 

 

Lud Damara

Na naszej drodze pojawiła się mała tabliczka „Damara Living Museum”, żywe muzeum ludu Damara. Wstąpiliśmy. Pani przepasana jedynie skórą kozy pokazała nam jeden z trzech programów do wyboru. Wybraliśmy program wizyta w wiosce, tradycyjne prace i rękodzieło oraz tańce i śpiewy. No i mieliśmy przepiękny pokaz tego, jak się rozpalało ogień przez pocieranie drewna przy suchych odchodach osiołka (tarcie powoduje żar, zaś żar jest przenoszony na suchą trawę posypaną wyschniętymi odchodami), wyrobu skór kozich na ubrania, pokaz roślin, które służyły a nawet służą nadal jako lekarstwa na wiele chorób, zaś najbardziej chwytające za serce były śpiewy i tańce. Muzeum opuściliśmy z ociąganiem, ale musieliśmy już ruszać w dalszą drogę. Za towarzystwo mieliśmy przepiękne zebry.

 

 

Himba na naszej drodze

Namibia ma powierzchnię prawie trzykrotnie większą od Polski i liczy tylko 2,3 mln ludzi. Przez ponad połowę naszej drogi towarzyszyła nam pustynia i bardzo mało ludzi poza miastami. Pustynię już opuściliśmy, ludzi przybyło, przekroczyliśmy też rzekę od której zaczynają się miejsca ludu Herero a także Himba, przy czym tereny tych ostatnich ciągną się aż po rzekę Kunene, naturalną granicę z Angolą. Herero (w wiktoriańskich sukniach) i Himba (odziane w skóry i przyozdobione mnóstwem biżuterii), dzisiaj tak różne, kiedyś należały do tego samego plemienia Bantu. Zanim jednak na dobre dojechaliśmy do terenów Himba, napotkaliśmy niedaleko drogi piękne źródełko. W blisko już czterdziestotopniowym upale, nic nie było w stanie nas powstrzymać przed kąpielą. Przy brzegu były też kijanki, więc dzieciaki miały zajęcie:)

 

 

Postanowiliśmy odwiedzić wioskę Himba,. Chcieliśmy to jednak zrobić po swojemu, nie zaś wykupić jakąś wycieczkę, z której najczęściej więcej pieniędzy trafia do organizatora a tylko jakiś ułamek do tych, którzy uchylają rąbka tego, jak żyją. Od dawien dawna ludzie podróżowali ciekawi życia innych ludzi gdzieś tam w dalekim świecie i nas to ciekawi dokładnie tak samo. Jak żyją inni. Na stacji benzynowej dobiliśmy targu z przedstawicielem Himba, by nas zabrał do prawdziwej wioski. Najpierw nauczył nas paru słów w ich języku: morrow (dzień dobry), perivi (jak się masz), perinara (mam się dobrze), okuhepa (dziękuję). Wyposażeni w podstawowy zasób słów, udaliśmy się do marketu, by kupić podarki. Patrzyłam co przewodnik wkładał do koszyka i było to: 50 kg mąki kukurydzianej, kilka toreb cukru i ryżu, oleje, chleby, i jeszcze różne podstawowe produkty. Tak wyposażeni wyruszyliśmy w odwiedziny. O Himba można by napisać książkę. Powiem tylko kilka słów. W wiosce, poza wodzem nie było mężczyzn – byli przy pracach gospodarskich. Każda wioska ma swojego wodza, ten zaś swoją największą chatę we wsi. Nasz wódz był bogatym człowiekiem. Miał 697 krów. Tylko garstka była w wiosce, reszta wypasała się gdzieś. Pomiędzy domem wodza o zagrodą dla krów jest święty ogień – okurowo. Nie wolno nam było wchodzić pomiędzy ten święty ogień a dom wodza. Mężczyźni mają po kilka żon, a kobiety są po prostu piękne! Szokujące może być to, że nie używają wody do mycia (która jest tu zresztą na wagę złota). Smarują swoje ciało mieszaniną masła ubitego z mleka, ochry i czegoś jeszcze oraz okadzają się dymem. Za perfumy służą proch, zioła i dym. Fryzury zdradzają, czy kobieta jest mężatką, czy ma dzieci, czy jeszcze się nie nadaje do zamążpójścia. Spędziliśmy z Himba dwie wspaniałe godziny. Tylko dzieci po raz pierwszy w podróży, chyba przytłoczone odmiennym wyglądem Himba, ilością biżuterii i zwierzęcych ozdób, roznoszącymi się zapachami, czuły się nieswojo. Przykuły się niewidzialnymi łańcuchami do mojej nogi:) Na koniec wizyty, Himba usiadły w okręgu, każda wystawiła swoje wyroby na sprzedaż więc nie mogliśmy się nie skusić. Przed odjazdem nasz przewodnik wręczył przywiezione podarki. I tak nasza wizyta dobiegła końca. Okuhepe!

 

 

Na granicy z Angolą

A teraz napiszę o tym, jak narobiłam sobie długów u ludu Himba. A było to tak. Po całym dniu jazdy, dojechaliśmy w końcu do granicy z Angolą. Jest nią rzeka Kunene. Do góry Angola, na dole Namibia, a pośrodku rzeki granica. Rzeka jest pełna krokodyli, a jej brzegi pokrywają monstrualne palmy i baobaby, Jest bajkowo. Pomimo zmęczenia podróżą, ja i Iwo wybraliśmy się na zwiady. By zdążyć przed zachodem słońca, chwyciłam dziecko, aparat i wsiedliśmy do auta. Pieniądze zostały a my ruszyliśmy w świat. Pierwszy przystanek był przy wodospadach Epupa Falls. Przyszedł człowiek, powiedział, że pokaże nam najlepsze miejscówki na widoki. To zupełnie normalne w Afryce, tu trzeba mieć przewodnika, bo krokodyle, węże, skorpiony i milion innych rzeczy, o których się nam nie śniło. Niestety nie miałam pieniędzy, musiałam wziąć na kredyt, powiedziałam, że oddam jutro. Nie było problemu. Zobaczyliśmy z Iwem najpiękniejsze miejsca przy wodospadach Epupa Falls. Zaraz obok nich rozciągał się płotek, na którym powieszone było pranie. Okazało się, że nasz przewodnik zarządza tym terenem w imieniu wspólnoty Himba. Chcą tam wybudować camp, mają ziemię, ale na razie nie mają pieniędzy na infrastrukturę, zbierają. Obiecałam zwrócić swój dług jutro. Potem pojechaliśmy na wzgórze, z którego rozciągał się widok na rzekę. W połowie wisiała tabliczka, że widok jest płatny 40 dolarów namibijskich od osoby (ok. 13 zł). Z powodu braku pieniędzy zignorowałam znak, poza tym było już po zachodzie słońca więc myślałam, że się nie liczy. Widok zapierał dech w piersiach. Rozległe wodospady piętrzyły się przed nami w oddali. Zaczynało ciemnieć gdy zjeżdżałam ze wzgórza, zaś drogę zajechał mi samochód z jednym tylko światłem. Wyszedł z niego mężczyzna Himba i powiedział, że zarządza tym terenem i muszę uiścić opłatę. Znowu obiecałam spłacić dług jutro i znowu nie było problemu. Ponieważ nadal było nam mało przygód, jeździliśmy z synem po okolicy wzdłuż rzeki (bardzo chcieliśmy chodzić, ale baliśmy się krokodyli), aż w końcu zatrzymał nas trzeci mężczyzna z zapytaniem, czy się nie zgubiliśmy. Iwo poczęstował go ciastkiem, ten zaś zaprosił nas do lokalnego baru. Lokalny bar to czysty folklor. Zbudowany z blachy, z wybranymi kilkoma alkoholami i Panią która zza krat podaje alkohol. I żadnych turystów. Wróciliśmy zmęczeni, zadłużeni, ale jakże zadowoleni! PS. wszystkie długi spłaciłam😊

 

 

Rzeka Kunene

Rzeka Kunene jest piękna i pełna krokodyli. Widzieliśmy. Teraz jest dla nich zimno (35 stopni temperatura powietrza), są więc lekko leniwe, ale mimo to nadal szybkie. Rzeka to naturalna granica pomiędzy Namibią a Angolą. Po raz pierwszy wytyczona na mocy porozumień między Portugalią (Angola była jej zamorską kolonią), a Niemcami (podlegała im Namibia). Po przegranej I wojnie światowej, Południowa Afryka, do której należała Namibia na nowo uregulowała tu granicę i tak samo po odzyskaniu niepodległości w 1990 roku. Nad rzeką Kunene obserwowaliśmy  życie krokodyli.

 

 

Nasze dalsze przygody znajdziesz tu, w drugiej części tego wpisu.

 

Maria Pertek: Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Od niedawna blogerka.