fbpx

Self-drive safari w Afryce czyli wyprawa 4×4 – parki narodowe Botswany: Chobe i Moremi oraz Makgadikgadi Pan cz. 4 – zapiski z podróży

Ten wpis jest kontynuacją cz. 1, gdy jechaliśmy przez region Zambezi w Namibii, który to wpis znajdziecie tutaj, części drugiej o podróży przez Zambię, która znajdziecie tutaj oraz części trzeciej o podróży przez Zimbabwe, którą znajdziecie tutaj.

 

Dzień 15 – jedziemy do Botswany i pływamy po rzece Chobe

W ostatnim dniu pobytu w Hwange, założyliśmy bardzo wczesne wstawanie, bo czekała nas dalsza droga do Botswany, do Parku Narodowego Chobe. Niestety nasze wczesne wstawanie okazało się znowu nie być gwarancją wczesnego wyjazdu, ale dawało nadzieję na wyjazd w okolicach 9, co zawsze akceptujemy z radością.  Hwange opuszczaliśmy z niedosytem. Dwa dni to zdecydowanie za mało na ten park i warto tu zaplanować minimum trzy a najlepiej cztery dni lornetkowo-aparatowych polowań.

Aby wrócić do Botswany, musieliśmy przejechać przez Victoria Falls a potem kierować się na Kasane. Granica między Zimbabwe a Botswaną, okazała się być bardzo nowoczesna – Botswańczycy akceptowali tylko własną walutę, ale za wszystko można było zapłacić kartą. Do tego praktycznie żadnych papierów – wszystko wypełniane było w komputerze, jedynie papier na auto odręcznie, ale poza podstawowymi danymi samochodu, zero pytań o nas lub rodzinę? Do tego Polacy wjeżdżają bez wiz!

Jedynie musieliśmy się odkazić. Pani dokładnie przeszukała nasze bagaże i każdy but, jaki znalazła wymagał zanurzenia w wanience z płynem odkażającym. Gdy byliśmy już czyści i odliczaliśmy czas do  wieczornego płynięcia łódką po rzece Chobe, pani przyuważyła bębenki, jakie dzieci sobie kupiły w Zimbabwe do grania. Bębenki mają skórę zwierzęcą na wierzchu i po bokach więc nie mogły umknąć uwadze pani podczas przeszukania. Pani powiedziała, że musi je zabrać, na co ja śmiertelnie poważnym głosem odparłam, że sama niech to powie dzieciom. Pani zaczęła się śmiać i nasze od dawna martwe bębenki, wjechały wraz z nami do Botswany.

Godzinę później płynęliśmy już po rzece Chobe, która wyznacza granicę Parku Narodowego o tej samej nazwie. Chobe w Kasane okazała się być piękna, ale bardzo wypełniona turystami. Aż po brzegi można powiedzieć. Pierwszy raz widziałam coś takiego w Afryce. Do tej pory byliśmy gośćmi w domach zwierząt, tutaj miałam wrażenie, że proporcje się zachwiały. Każda lodga ma własną łódkę, którą pływa z turystami. Gdy na brzegu było stado słoni, miałam wrażenie, że wszystkie łódki blokują im dostęp do wody. Gdy gdzieś pojawił się jeden słoń, widziałam, że jest zdenerwowany ilością turystów, wyglądało na to, że chciał świętego spokoju. Dlatego po raz pierwszy widzieliśmy piękno, ale się nie zachwycaliśmy. Również dzieci po kilku dniach w buszu, dorwały się do bajek i nie chciały się przedzierać przez turystów dla lepszych widoków.

No cóż, bywa czasem i tak. Po prostu był to wieczorny rejs na zachód słońca, czyli wtedy, kiedy wypływają „wszyscy”. Ja będę zawsze wracać pamięcią do naszego rejsu po rzece Lynianti w Namibii (opisałam w części pierwszej)– poza naszą łódką nie było nikogo więc nasze podglądanie zwierząt, nie robiło na nich samych żadnego wrażenia. W Chobe choć piękne były zwierzęta i zachód słońca, to jednak nie było w tym żadnej magii…

 

Dzień 16 – Park Narodowy Chobe w Botswanie

To trzeci największy park narodowy Botswany. Można go podzielić na kilka części. Ta najbardziej oblegana, wzdłuż rzeki zaczyna się w Kasane. Kolejne to Savute  słynąca z wielkich piasków w porze suchej, potem obszar w okolicach rzeki Lyniani, którą odwiedziliśmy od strony Kasane, czy depresja Mababe

Nasz pierwszy dzień w Chobe Riverfront, zdominował … lew!!! Wszystko co zobaczyliśmy przed nim i po nim, niestety zostało w naszej pamięci niesłusznie pomniejszone. Ale czekaliśmy na niego bardzo długo, bo trzy lata. Widzieliśmy w tym czasie wiele samic, wiele młodych lwów, ale jakoś nigdy lwa z grzywą. Każda nasza wyprawa do Afryki była z nadzieją, że go zobaczymy. I tym razem się w końcu udało!

Leżał przy drodze, dosłownie pięć metrów od nas. Widać było, że jest najedzony, bo oddychał szybko, brzuch był opasły i unosił się co chwila w górę i dół. I leniuchował. Ponieważ byliśmy tak blisko, mieliśmy wielką nadzieję, że lew wstanie i przejdzie obok nas. Niestety ani myślał tak zrobić. Czekaliśmy ponad dwie godziny, bo czasem się leniwie powiercił, czasem odgonił muchy, raz czy dwa przeszkodziła mu gałązka więc machnął łapą dając nam złudną nadzieję, że wydarzy się coś więcej. Nic z tego. Przewracał się na boki, czasem lekko rozszerzył oczy, ale niczym więcej nie chciał nas uraczyć. Dwie i pół godziny stania w miejscu, a on wciąż leżał. Pojechaliśmy więc dalej. Gdy wracaliśmy po ponad godzinie tą samą drogą, on nadal leżał. Przystanęliśmy więc na kolejną godzinę, ale niestety lew był zbyt najedzony i nie zainteresowany chodzeniem. Wygrzewał się na liściach, w sumie w cieniu, ale dzień był ciepły a wiaterek przyjemny. I takie właśnie są lwy. Jak się najedzą, można je znaleźć w cieniu pod drzewem. Przeleżą tak cały dzień, chyba że wykurzy je stamtąd ich największy wróg – słoń. Bardzo się nie lubią. Słonie potrafią zaatakować lwa, bo zabija ich małe (jeden lew jest w stanie skutecznie upolować małe słoniątko), a kilka lwów potrafi zapolować z sukcesem na dużego słonia.

Dłużej już nie czekaliśmy, było jeszcze tyle do zobaczenia. Tak, czy siak, w końcu po 3 latach znaleźliśmy lwa z grzywą i tym oto sposobem, cztery zwierzęta z wielkiej piątki, zostały podczas tej wyprawy już upolowane. Został nam już „tylko” lampart. Jedno ze zwierząt, które naprawdę trudno jest wypatrzyć… Ale jak to się mówi, dopóki piłka w grze, bramki są dwie! Więc gramy dalej?

 

Dzień 17 – ruszamy w stronę południowej części Parku Chobe oraz rezerwatu Moremi w Botswanie

Po dwóch dniach w północnej części Parku Chobe ruszyliśmy w dalszą trasę. Zanim dotrzemy do południowej części Parku Chobe i niesamowitego rezerwatu Moremi w Delcie Okavango, zaplanowaliśmy przystanek na solniskach Makgadikgadi. To wyschnięte jezioro, które kiedyś istniało na pustyni Kalahari. Sięgały tam odnogi rzek Okavango, Zambezi czy Kuando. Jezioro zaczęło wysychać dawno temu, niemniej jednak nawet teraz w porze deszczowej jest tam (przynamniej w jakieś części) woda, nad którą ponoć stoją flamingi. My jednak takich obrazów się nie spodziewamy, gdyż jesteśmy w porze suchej.

Nasza droga do tego miejsca to było pięć godzin jazdy. Drogę umilały głównie strusie i słonie. Tych ostatnich jest w Botswanie 200 000 i po raz pierwszy w tym roku (2019) od wielu wielu lat, Botswana zniosła zakaz polowań. W tym kraju nie można było polować na żadną grubą zwierzynę. Jednak słonie dają ludziom już tak bardzo w kość, że od tego roku dozwolone są ich odstrzały. Ale nie w parkach narodowych. Jeszcze żadne polowania się nie zaczęły, ale zmieniło się prawo w tym zakresie. Wielu ludzi na świecie to krytykuje. Tutaj, gdy rozmawialiśmy z pracownikami parków, mówili, że ludzie przyjmują to z ulgą, gdyż słoni robiących szkody w gospodarstwach, jest za dużo. Botswana liczy 2,2 mln ludzi a słoni tak jak wspomniałam 200 000. Powód, dla którego my tu przyjeżdżamy i na którego widok nie możemy wyjść z osłupienia, dla mieszkańców bywa problemem… Tak to czasem wygląda. W każdym razie daleko Botswanie do Zimbabwe, w którym polowania, w tym w parkach narodowych są na porządku dziennym.

A w końcu, gdy dojeżdżaliśmy do naszego nowego miejsca, przywitała nas po drodze niespodzianka! Wielki betonowy i różowy mrówkojad! Zrobił na nas duże wrażenie. Nie mniejsze, niż prawdziwy, spotkany rok temu w nocy na pustyni Kalahari… Wieczorem odpoczęliśmy przed trudami wyprawy na solniska, by następnego dnia wyruszyć z nadzieją nie tylko na widoki po dawnym jeziorze, ale też surykatki, które kochają półpustynne tereny …

 

Dzień 17-18 – spacer z surykatkami na solniskach Makgadikgadi

Gdyby nie „Król Lew”, to chyba nie wiedzielibyśmy o ich istnieniu. A tak, o 5.30 nawet dzieci wstały ochoczo by ich poszukać. Wyjechaliśmy na wycieczkę na solniska, by na terenach półpustynnych poszukać tych uroczych stworzeń. Żyją w stadach, zwykle do 30 osobników i co chwila któreś staje na nogach, by popatrzeć, czy nie ma jakiegoś drapieżnika, w ich przypadku najczęściej jakiegoś orła. Jedzą robaczki, pajączki, nie pogardzą mniejszym wężem. A jak strażnik zobaczy zagrożenie, to wyje na alarm?Teraz w sierpniu zaczyna się okres ciążowy i do marca będą rodzić młode. Widzieliśmy więc surykatki ciężarne, ale gdyby przewodniczka nie powiedziała, to nie widziałabym ich ciąży. A trwa ona jakieś 11 tygodni by z brzucha wyszło od dwóch do czterech surykatek.

One same okazały się być dość towarzyskie. Najpierw patrzyły na nas nieufnie, by po jakimś czasie, gdy zjedliśmy na ich oczach śniadanie, przestać się nas bać. Kopały norki, z których wyciągały pająki i co rusz któryś lub któraś stawała na łapkach by pokręcić głową wokół własnej osi i popatrzeć na świat.

Solniska też były fajne. Było widać piękną linię niekończącego się horyzontu, przerywaną czasem małymi kropkami. To krowy pasły się w oddali. Gorące powietrze unoszące się nad solniskami chwilę po mroźnym poranku, dawało złudne uczucie widzenia czegoś, czego tam wcale nie było. Mieliśmy wrażenie, że jest woda i wielkie jeziora. A to był piasek pomieszany z solą  i prawdziwa fatamorgana ?. Te solniska są miejscami bardzo mokre pod powierzchnią gruntu. Wydaje się, że wysuszone, a gdy wsadzić kijek głębiej, to pojawiała się bardzo kleista maź. Dlatego samochody potrafią się tu nieźle czasem zakopać.

Tak, czy siak, to spacer i śniadanie wśród surykatek są najmilszym dla nas wspomnieniem tego miejsca. Gdy wróciliśmy, udaliśmy się prosto do Maun, gdzie następnego dnia zaczęliśmy naszą przygodę w pełnym zwierząt parku Moremi w delcie Okavango ….

 

Dzień 19-21 – jedziemy na mobilne safari  do rezerwatu Moremi w Botswanie

Po naszych przygodach z surykatkami, wyruszyliśmy do Maun. Trzeciego co do wielkości miasta Botswany, które znajduje się na południu Delty Okavango. Stamtąd prowadzi piaszczysta o tej porze roku, droga do jednego z piękniejszych rezerwatów przyrody – Moremi oraz Parku Narodowego Chobe od strony południowej. Nasza miejscówka w Maun była z widokiem na Deltę Okavango, niestety suchą o tej porze roku więc w praktyce z widokiem na trawy? Ma to jednak swój urok oraz niewątpliwą zaletę pod względem bezpieczeństwa – brak hipopotamów i krokodyli pod oknem.

Stamtąd po nocce, wyruszyliśmy na … mobilne safari. Pojechała z nami kucharka – Kelly, pomocnik Kenny i przewodnik oraz kierowca w jednej osobie – Lenti. Zajechali rozklekotaną Toyotą, ciągnącą za sobą nie lepiej wyglądającą przyczepkę, załadowaną wszystkim co niezbędne byśmy przetrwali 3 dni w buszu. Namioty, śpiwory, materace, polowa łazienka i żarcie na trzy dni. A Kelly jak się okazało gotowała cudnie – nie tam makaron od rana do wieczora jak ja, ale miała i dobre mięso na grilla i świeże sałaty i owoce z puszki na deser.

Nasza droga do Moremi trwała 4 godziny po piachu. Były pierwsze słonie (pisałam Wam już że w całej Botswanie jest ich 200 000), bawoły i żyrafy. Gdy zajechaliśmy, Kenny zaczął rozbijanie obozu a my usiedliśmy w cieniu na kanapki z szynką. Ledwo skończyliśmy przez nasz obóz przeszły … słonie. W tym miejscu muszę Wam napisać, że to nasza trzecia podróż do Afryki i trzy lata czekaliśmy na tę chwilę, gdy dzieci trochę podrosną a my sami poznamy zwyczaje dzikich zwierząt na tyle, by zdecydować się na spanie na dziko pośrodku nieogrodzonego niczym parku razem z dziećmi. Nie wzięliśmy się tu znikąd i nie wzięliśmy się nagle. Dlatego choć dzikie i nieoswojone słonie przechodzące przez nasz obóz, trzy metry od nas robiły na nas wrażenie, to wiedzieliśmy, że one nas boją się nie mniej niż my ich i nie uciekaliśmy. Dzieci i ja byliśmy w namiocie, jedynie wystawione główki, zdradzały naszą obecność. Stolik, przy którym minutę wcześniej jedliśmy lunch, nakryty był serwetą. Słoń stanął przed nim niepewnie, przyjął postawę bojową, ale gdy serweta zaczęła tańczyć na wietrze, wziął nogi za pas i wystraszony uciekł. Choć równie dobrze, stolik przez te gwałtowne ruchy serwety, mógł być przedmiotem ataku słonia. Boją się jednak naszych zapachów, choć rozwścieczony słoń nie zawaha się zaatakować.

Zasada w buszu jest jedna – cokolwiek widzisz, nigdy nie uciekaj. Możesz się wycofać tyłem powoli, ale nigdy żadnej ucieczki. Jest taka książka wieloletniego przewodnika po Botswanie Petera Allisona  – „Ucieka tylko jedzenie”, z oryginalnym angielskim tytułem „Whatever you do, don’t run”. Bardzo lekka i zabawna książka, czyta się w jeden dzień lub dwa  i polecam każdemu przed wyjazdem na safari do południowej Afryki.

A my pod rozgwieżdżonym niebem Botswany, przy dźwiękach, które wydawało by się że nie pozwolą w nocy zmrużyć oka, spaliśmy jak dzieci. Czasem trochę nasłuchiwaliśmy jak słonie obok łamały konary i gałęzie a one w ciszy nocy wydawały głośne trzaski albo jak hieny przychodziły do naszego obozu i wąchały mordami ziemię szukając bezskutecznie jedzenia, bo my wiedząc z góry o tym, że one tu będą albo szczelnie je pochowaliśmy, albo spaliliśmy resztki w ognisku. Każdej z naszych nocy, busz wydawał tysiące dźwięków, z których rozpoznawaliśmy tylko małą część a większość choć słuchaliśmy w wielkim napięciu, pozostawała dla nas wielką zagadką od kogo pochodzą te dźwięki. Bo kolejna zasada w buszu jest taka, że w nocy nie wychodzisz z namiotu…

 

Rezerwat Moremi

 

Rezerwat Moremi jest przykładem wspaniałej kooperatywy pomiędzy lokalną społecznością a przyrodnikami. Utworzony został przez plemię Batawana, a dokładniej przez wdowę po zmarłym wodzu Moremi III. Rezerwat pokrywa znaczną część Delty Okavango i roi się w nim od zwierząt! Jest nawet wyspa zwana Wyspą Wodza (Chief’s Island), na której można spotkać wszystkich przedstawicieli afrykańskiej piątki.

Tutaj w Botswanie, w parkach narodowych, zarówno kempingi, jak i lodge (i jednych i drugich nie ma wcale aż tak dużo)  są częścią przyrody. Nie są niczym ogrodzone więc trzeba zachować bardzo dużą ostrożność wychodząc z samochodu. Ale za to widać jak pięknie człowiek i przyroda tutaj współżyją! Gdy pierwszy raz nad rzeką Chobe, w północnej części parku Chobe, szukaliśmy miejsca dla rozprostowania kości i zjedzenia czegoś, skierowaliśmy się na „picnic area”. Bardzo długo krążyliśmy po strzałkach, psiocząc na słabe oznakowanie, gdyż za nic nie mogliśmy trafić. Dopiero chwilę później, po całym dniu w parku, zrozumieliśmy, że „picnic area” to po prostu była polana niczym nieogrodzona, na której na własną odpowiedzialność można było wyjść z auta i popichcić.

A początek naszej przygody w Moremi, zdecydowanie zdominowały słonie. I wcale nie mamy ich dość. Są tak duże, że już z racji tylko wzrostu i wagi, budzą respekt. Dzisiaj drugą kawę zrobiliśmy sobie przy oczku wodnym. Słonie przychodziły stadami, najpierw dwadzieścia, potem z tyłu zza krzaków za autem wyszło kolejne stado liczące blisko dwudziestkę tych zwierząt, by po pół godzinie z jeszcze innej stronie wyłoniła się kolejna liczna ekipa. Wszystkie zwierzęta pilnowały młodych, a te brykały tarzając się w piachu lub popychając się nawzajem. Zupełnie jak ludzkie dzieci?

 

Jeszcze o słoniach słów kilka

Nie wiem, czy wiecie, ale one są bardzo empatyczne. Gdy jakiś słoń cierpi, inne będą go pocieszać, a gdy umrze jakiś słoń ze stada, będą bardzo tę śmierć przeżywać, będą niespokojne, cierpiące, czasem agresywne. Mówi się, że są bardzo inteligentne i muszę to przyznać. Choć nasz namiot zlewa się z otoczeniem, to jakoś nigdy na niego nie wejdą ani nawet nie nadepną… choć przechodzą zupełnie obok.

Mam nadzieję, że Was też cieszy widok tylu słoni na wolności. One tu naprawdę są. Często spotykamy je przy wodopojach, bo słoń dziennie musi wypić jakieś 200 litrów wody. Dlatego w jej poszukiwaniu potrafią przejść naprawdę spore obszary. A nie wiem, czy wiecie, ale chłodzą je … ich uszy. To właśnie one pomagają im utrzymać właściwą temperaturę ciała:) Zresztą, „co my wiemy, to tylko kropelka. Czego nie wiemy, to cały ocean” Isaac Newton (cdn.)

 

Likaony czyli afrykańskie dzikie psy

Niestety nie udało nam się ich spotkać. Ani w Moremi, ani w Parku Hwange w Zimbabwe, na co bardzo liczyliśmy. Widzieliśmy je rok temu w Erindi w Namibii i zdobyły nasze serca. Tutaj nazywają się „wild dogs”, zaś w Zimbabawe „painted dogs” ze względu na ich umaszczenie – są w jakby namalowane plamy. I podobnie jak z zebrami, nie ma dwóch likaonów o takim samym umaszczeniu. Najłatwiej je spotkać wtedy, gdy rodzą się młode, czyli najczęściej między marcem a czerwcem, tak więc choć bardzo szukaliśmy i chcieliśmy, to jednak się tym razem nie udało.

No chyba, że w nocy przyszły do naszego obozu, ale według nas to hieny były. Nawet dość głośne i było ich kilka. Postanowiłam, że następnym razem pojadę z fotopułapką nocną, by sfotografować życie nocne w obozowisku, bo wierzcie mi, że dużo się dzieje. Znowu odwiedziły nas słonie, nie tylko gałązki trzaskały, ale też słonie wydawały dźwięki. Dosłownie ogłuszające w nocnej ciszy, na szczęście namiot który pozwala wszystko słyszeć, odgradzał nas od nich skutecznie. Zwierzęta nie były nami zainteresowane dopóki byliśmy w środku.

A jeżdżąc po Moremi dotarliśmy do pięknych terenów z większą  ilością wody, gdzie bogactwo zwierzyny dawało nam dużo powodów do radości. A to hipopotamy się kąpały ledwo wystawiając główki nad powierzchnie zielonych wodorostów, a to kob śniady licznie odpoczywał, a to niezliczone ilości antylop różnych stały lub biegały wśród żyraf, bawołów i słoni.

Jest taka scena w „Królu Lwie”, gdy lew wkracza do królestwa Timona i Pumby, które jest jak z bajki. Gdy to zobaczyłam pomyślałam, ale bajka, tak nie jest w Afryce, Ale wtedy nie byłam jeszcze w Moremi, gdzie tak właśnie jest nad wodami Delty Okavango. Baśniowo-bajkowa sceneria, w której toczy się prawdziwe życie a my mieliśmy szczęście być tam przez chwilę.

 

Młode lwy w Moremi

 

Uważam, ze najlepszym okresem na podglądanie dzikich zwierząt jest generalnie pora sucha czyli zima. Tutaj w Botswanie od maja do sierpnia i jeszcze wiosną od września do października, może do listopada. Zwierzęta wtedy gromadzą się stadnie wokół rzek. Praktycznie cały jeden dzień spędziliśmy jeżdżąc wzdłuż rzeki Kwai na długości jakichś może 15 kilometrów, nie więcej, a ilość zwierząt schodzących do wodopoju, wprawiała w oszołomienie.

Były tez młode lwy. Leżały pod drzewem, pilnowane przez lwicę. Jeden wyglądał na jakieś 8 miesięcy, drugi był wyraźnie mniejszy, prawdopodobniej z późniejszej ciąży, bo wyglądał na góra cztery miesiące albo co jeszcze bardziej prawdopodobne, pochodził od innej matki. Gdy lwica wyrusza na polowanie (a polują lwice), często zostawia dziecko pod opieka innych lwic. Takie małe koty padają bowiem ofiara innych kotów – lampartów, gepardów a nawet innych lwów, a także hien. Gdy patrzyliśmy na nie, jedno z lwiątek, (to starsze) było wyraźnie zainteresowane stojącym w odległości może z pół kilometra, stadem impali. Gdy te się ruszały, lwiątko podnosiło się , siadało i czujnie patrzyło. Nawet lwica się tym zainteresowała, ale polowania żadnego nie było. Chwilę później leżały dalej. W sumie przesypiają dziennie nawet i 20 godzin?

A my w buszu, z widokiem na dzikie zwierzęta, jedliśmy każdego dnia jakiś lunch. W zasadzie mogliśmy nigdzie nie jeździć, tylko siedzieć przy stoliku na krzesełkach i obserwować zwierzęta. A one licznie przychodziły, w bezpiecznej odległości od nas. Często na nas bacznie spoglądały i badały ewentualne zagrożenie. Po chwili nie były jednak zainteresowane, aczkolwiek nigdy na szczęście nie naruszyliśmy ich przestrzeni. Zwierzęta w parkach narodowych (inaczej niż w prywatnych parkach safari), nie są dokarmiane więc nie kojarzą człowieka z jedzeniem. Na samochód nie zwracają w ogóle uwagi więc nawet w otwartym aucie, jest się bezpiecznym. Nie można jednak stawać, ani wystawiać rąk itp. Tylko siedzieć? I patrzeć. Ale jest przecież na co…

 

 

Życie seksualne lwów – podglądnięte w Moremi

Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. Jechaliśmy sobie jedną z bardziej głównych dróg, gdy przewodnik zatrzymał nagle auto, cofnął i skręcił. Wkrótce się okazało, że 50 metrów dalej leżała lwica, a przewodnikowi mignęły w oddali jej wystające uszy (!). I gdy tak siedzieliśmy i na nią patrzyliśmy, ona nagle zaczęła wydawać dziwne dźwięki. Cos jakby przygaszony ryk i zachowywała się  jakby coś połknęła i się tym dławiła.

W ten sposób lwica kogoś nawoływała. Czekaliśmy więc spokojnie w samochodzie na rozwój wydarzeń. Duże prawdopodobieństwo było, że szuka młodych, które z kimś zostawiła, gdy udała się na polowanie. Kilka chwil później lwica ruszyła przed siebie, cały czas  nawołując, a my ruszyliśmy za nią, ciekawi tego co będzie dalej.

A dalej widzieliśmy żyrafy stojące na baczność i w wielkim napięciu, śledzące w bezruchu każdy krok lwicy. Nie ruszyły się ani na milimetr, zastygły gotowe do ucieczki w każdej chwili. Nam również udzieliło się napięcie gęstniejące w powietrzu i czekaliśmy z nadzieją, że zobaczymy coś nowego.

Wtedy pojawił się on. Lew z grzywą, piękny duży okaz. Szedł rozglądając się na boki, ale lwicy nie widział. Minął ja najpierw, ta przyczajona patrzyła w ciszy a gdy oddalił się na jakieś 30 metrów, pobiegła za nim. I wtedy zaczął się spektakl kocich zalotów i zabawy. Lew i lwica a to się łasili do siebie i lizali, a to ona uciekała a on ja gonił, razem tarzali się w trawie i na zmianę pili wodę z rzeki Kwai. A gdy tak szli przed siebie, życie wokół zamierało. Każde zwierzę stawało w napięciu, nie spuszczając z nich oczu, bez drgnięcia czymkolwiek. Gotowe do ucieczki w jednej chwili.

A lew i lwica rozpoczęli swoje ostateczne zaloty, po których zrobili TO. Na oczach wszystkich ludzi? a potem znowu i znowu… Po trzech godzinach podglądania, gdy TO zaczęło się chyba dziesiąty raz, stwierdziliśmy, że czas zostawić ich już w spokoju i wróciliśmy do majestatycznych  słoni, by nieco zwolnic akcję naszego przyrodniczego filmu…

 

Dzień 21 – lot nad Deltą Okavango

 

Jest zawsze taki moment w podróży, gdy jeszcze jesteś na wakacjach, ale już wiesz, że to koniec. Wiadomości z kraju nagle przychodzą lotem błyskawicy, a ty choć jeszcze chcesz zatrzymać chwilę i nie dopuścić myśli o powrocie, czytasz właśnie kolejnego smsa z pytaniem kiedy wracasz i myślami załatwiasz sprawy do załatwienia „po powrocie”?

Taki moment nas dopadł pośrodku Moremi, gdy ostatniego dnia jeszcze odwiedziły nas żyrafy, słonie i inne zwierzęta, ale Kenny już zaczął pakowanie obozowiska. Gdy skończył zrobiło się naprawdę smutno, pusto i żal, że po roku planowania i blisko miesiącu podróży, nadszedł jej kres…

Ale się nie poddaliśmy. Gdy przybyliśmy popołudniu do Maun po 4-godzinnej jeździe drogą powrotną z buszu, pobiegliśmy jeszcze na lotnisko, by odbyć widokowy lot nad Deltą Okavango. Suchą o tej porze, ale też nie poddającą się w wysiłkach, by zasilić wodą wszystko co się da i pomalować milionem odcieni zielonego, żółtego, brązu i granatu. Tak bym to określiła. Bardzo nieliczne wstążki granatu oplatały wyschniętą ziemię, by nadać jej jedne z piękniejszych kolorów. Widzieliśmy wielkie stado bawołów podążające do wody, szły w szyku jak gęsi tworzące klucze na niebie. Widzieliśmy słonie i impale, które licznie przybyły nad brzegi rzeki.

 

 

Dzień 22-23 – z Maun do Windhoek czyli 900 km drogi na lotnisko

Ostatnie 900 km na lotnisko rozbiliśmy na dwa dni jazdy, żeby nie zabić pozytywnych skutków wakacji? Dlatego dzisiaj już tylko zdjęcia z drogi, często robione przez szybę, ale dają jako taki obraz naszej drogi. Zanim jednak wyjechaliśmy, lodga w Maun nie wiadomo z jakiego powodu postanowiła przygotować dla nasz romantyczną kolację. Spaliśmy tam przed mobilnym safari i tam wróciliśmy też na nocleg po nim. Mamy jakieś takie szczęście do ludzi, że czasem nas wyjątkowo polubią.

Gdy wróciliśmy, przygotowano dla naszej czwórki, bez żadnych próśb z naszej strony … romantyczną kolację. Ekipa z restauracji zrobiła ją nam na totalnym uboczu, na tarasie nad basenem. Rozpalono wszędzie  świeczki i pozostawiono nas w półmroku. Taras natomiast był zawieszony nad ziemią, po której normalnie chodzą krokodyle i hipopotamy, ale że pora sucha, to ich nie było.  I kiedy już właśnie mieliśmy świętować sukces naszej wyprawy – nikt się nie rozchorował i nikomu nic się nie stało – okazało się, że Iwo nie widząc końca tarasu, spadł z niego w przepaść. Na szczęście przepaść liczyła tylko metr a na jej końcu była miękka ziemia. Poza tym, że się obił, nic się jednak nie stało. Piszę o tym jednak dlatego, że wyczytałam gdzieś, że najwięcej wypadków samochodowych zdarza się pod domem – wtedy gdy nie patrzymy na znaki, bo jedziemy na pamięć i wyłączamy swoja uwagę. Całe nasze wakacje były z wielką uważnością na dzieci – z uwagi na komary, dzikie zwierzęta, węże i skorpiony. I wtedy, gdy już właśnie odetchnęliśmy z ulgą, że się udało i możemy odpocząć w tym naszym czuwaniu, bęc!

 

Dzień 24 – odpoczywamy w Windhuk

No i to był koniec naszej przygody. 24 dnia dotarliśmy do Windhuk i następnego dnia odlecieliśmy do Polski, by marzyc o kolejnej wyprawie do Afryki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Maria Pertek: Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Od niedawna blogerka.