fbpx

Self-drive safari w Afryce – Namibia region Zambezi cz. 1 – zapiski z podróży

 

W sierpniu 2019 roku odbyliśmy blisko miesięczną podróż po północnej części Namibii, wzdłuż południowej granicy Zambii, przez Zimbabwe i Botswanę. Niniejszy tekst to moje zapiski z podróży, w których przedstawiam wrażenia dzień po dniu z tego wszystkiego co widzieliśmy i przeżywaliśmy w trakcie podróży. W tekście znajdziecie też dużo linków i odnośników do innych artykułów, z praktycznymi informacjami na temat poszczególnych odwiedzanych przez nas parków i miejsc w sercu Afryki.

A jeśli chcecie poczytać o naszej wcześniejszej podróży po Namibii, to zapraszam tutaj.

Nie wiem już sama co kocham bardziej – podróże dla tego wszystkiego, co można obejrzeć w ich trakcie, czy dla tych wszystkich przygód, które za każdym razem przeżywamy. Myślę, że chodzi o jedno i drugie. Same widoki, choć piękne, nie byłyby tak fascynujące bez tego wszystkiego co składa się na podróż, a co my nazywamy przygodą, czasem niegroźnymi tarapatami a czasem fantastycznym zbiegiem okoliczności…

Każda nasza kolejna wyprawa, to wyprawa naszego życia. Tutaj rozpoczęliśmy ja w Windhuk, stolicy Namibii.

Mapa naszego szlaku opisywanego tutaj wygląda mniej więcej tak:

 

Dzień 1 – zakupy i odpoczynek

Dzień po przylocie poświęciliśmy na zakupy, krótki spacer po stolicy i odpoczynek. Odwiedziliśmy Kościół Chrystusa,  ewangelicko-augsburski kościół w Windhuk, Parlament (z zewnątrz) i Muzeum Narodowe w Windhuk, które polecam bardzo! Wejście jest darmowe, trzeba jedynie wpisać swoje imię i  nazwisko.

 

 

Dzień 2 -targ w Okavanghja

A już następnego dnia zaczęliśmy się kierować w stronę rzeki Okavango w regionie Zambezi. To cieniutki paseczek ziemi, który na samym jego  końcu łączy Namibię, Zambię, Zimbabwe i Botswanę. Kierowaliśmy się nad rzekę Okavango,  a dojazd zajął nam 3 dni. Można by było krócej, ale nie chcieliśmy wykończyć siebie i dzieci. Tutaj nie jeździ się szybciej niż 120 km po asfalcie i nigdy nie jeździ się nocą. Nawet za dnia, ilość zwierząt przebiegających główną drogę z południa na północ kraju, jest stresująca. A to małpy wyskoczą, a to guźce liczone na setki skubią trawę wzdłuż drogi. Zmykając przed nami, podnoszą  ogonki i łeb i uciekają przed siebie podskakując i przebierając kopytkami.

Nasza droga prowadziła przez miejscowość Okavanghja, w której jest dość znany w Namibii market wyrobów z drewna. Zeszłym razem czas nam nie pozwolił wstąpić, gdyż spieszyliśmy się już na lotnisko, ale teraz  pomimo późnego wyjazdu z Windhuk, daliśmy radę spędzić na nim blisko dwie godziny. Ledwie wyszliśmy z auta, od razu otoczyli nas sprzedawcy. Każdy chciał nas zaprosić na swoje stoisko, by coś sprzedać. Rozmowa zaczynała się mnie więcej tak. Mam na imię Thomas, chodźcie najpierw do mnie, bo moje stoisko jest na końcu marketu i nikt do mnie nie zagląda… Jak dla nas, to nikt nigdzie nie zaglądał, bo poza nami i sprzedawcami, nie było nikogo. Poszliśmy z Thomasem, gdyż było nam naprawdę obojętne, od którego stoiska zaczniemy. A jesteśmy idealnymi kupującymi. Wystarczy być dla nas miłym i zawsze chcemy się odwdzięczyć więc kupujemy. Choć niczego nie potrzebujemy. Ale wiemy, że jako turyści w obcym kraju, to to, co możemy zrobić dla lokalnej społeczności, to właśnie pokupować od nich trochę lokalnego rękodzieła, w ten sposób skorzystają na turystyce.

Wyrobów z drewna było bardzo dużo – najczęściej figurki zwierząt, maski, tace, misy i miseczki… Dużo wyrobów z metalu –  najczęściej pięknie poskręcane zwierzęta, tak samo zwierzaki z drucików z nanizanymi nań koralikami. Zanim doszliśmy do Thomasa, przedstawiło nam się już z ośmiu sprzedawców – a to Julia, a to Maria, Anna, Micky i jeszcze paru innych. Wszyscy nie odstępowali nas na krok, byśmy na pewno weszli do ich sklepu. A system jest taki: wchodzisz do jednego sklepu i jeśli coś kupisz, to sprzedawca daje towar kolejnemu sprzedawcy, by go zawinął albo wydał resztę. W ten sposób trafiasz do sklepu następnego sprzedawcy i jeśli jesteś tak mało asertywny jak my, to wychodzisz z kolejną pamiątką zabraną przez kolejnego sprzedawcę do zapakowania w kolejnym sklepie. Sprytne prawda? Ceny wyjściowe są z kosmosu, ale to Twoja rola, by się potargować, to taka gra, w której ja nie jestem zbyt dobra? Dlatego staraliśmy się kupić pojedyncze rzeczy w poszczególnych sklepach, by w ten sposób móc kupić u większej ilości sprzedawców, choć finansowo nie polecam tego systemu – im więcej rzeczy kupisz u jednego sprzedawcy, tym na większy rabat możesz liczyć!

 

 

 

Na godzinę przed zmierzchem zajechaliśmy na nocleg do rezerwatu narodowego Waterberg. Waterberg to płaskowyż, który wznosi się jakieś 400 metrów ponad otaczające go równiny. Najstarsza warstwa skalna ma 850 milionów lat i swoje ślady miały tu pozostawić dinozaury (na razie nie widziałam, choć wiadomość jest elektryzująca?) Tutaj też stoczona została koszmarna bitwa w latach 1904-1908 pomiędzy ludnością Herero a niemieckimi kolonizatorami. Niestety Herero nie wyszli z niej zwycięsko. W wojnie zginęło wtedy 2/3 ludności Herero, ci zaś którzy przeżyli, uciekli na terytoria dzisiejszej Botswany.

My tutaj spotkaliśmy guźce, pierwszą antylopę kudu, springboki (też antylopy) i jeszcze małe antylopki o uroczej nazwie dik dik?

Nie jest to jednak koniec historii, gdyż o poranku postanowiliśmy wejść na ten płaskowyż, spacerując po buszu…

 

 

Dzień trzeci – wspinaczka na Płaskowyż Waterberg

Przed wyruszeniem w dalszą drogę, postanowiliśmy wspiąć się na Płaskowyż Waterberg. Wiedzieliśmy, że nie ma w tym miejscu żadnych drapieżników, natomiast niepokój siały porozwieszane wszędzie kartki ostrzegające przed małpami baboon. Są one naprawdę niemałe, agresywne, a do tego zęby pokazane na kartce, wyglądały odstraszająco. Z kartki wynikało, że kusi je ludzkie jedzenie więc na wszelki wypadek zabraliśmy ze sobą jedynie wodę. I gdy już wyszliśmy z domku, całe stado szybkich mangust, które w pierwszej chwili wzięliśmy za surykatki, przebiegło nam niemalże pod nogami. Dodatkowo nasza wspinaczka rozpoczęła się od bardzo miłego spotkania z antylopą dik-dik stojącą pośrodku ścieżki. Te antylopy są naprawdę urocze, niezbyt płochliwe (przynajmniej tu w rezerwacie) i mają piękne duże oczy.

A tymczasem po pierwszych urokach ścieżki ślad zaginął, i rozpoczęliśmy wspinaczkę po kamieniach. Gdzieniegdzie pozostawał na nich widoczny ślad stopy, wyznaczający kierunek. Rozglądaliśmy się za śladami dinozaurów, ale nie udało nam się nic wytropić. To oficjalna wersja. Ta mniej oficjalna jest taka, że na jednym kamieniu udało się dojrzeć ślad skóry dinozaura. Najpewniej dinozaur musiał w tym miejscu się oprzeć o kamień, gdy odpoczywał? A już tak na serio, to skały po których się wspinaliśmy miały ponad 850 milionów lat.

Po godzinie marszu byliśmy na płaskowyżu. Widoki na równinę, warte były naszego wysiłku.  Gdy wróciliśmy pokręciliśmy się na dole jeszcze wśród guźców i antylop dik dik i ruszyliśmy w dalszą drogę. Tam gdzieś na dole znajdował się również cmentarz, na którym pochowano żołnierzy niemieckich poległych na polu walki z ludnością Herero na początku XX wieku, gdy miejscowa ludność stawiała opór kolonizatorom niemieckim. Ponieważ jednak dowiedzieliśmy się, że ludzi Herero nikt nawet nie pochował i nie mają swoich nagrobków, jakoś nie byliśmy w nastroju do odwiedzin.

Ruszyliśmy szutrem w dalszą drogę, by dwie godziny później zatrzymać się i  zobaczyć największy na świecie meteoryt, który uderzył w Ziemię – Meteoryt Hoba.

 

 

 

Nadal dzień trzeci – Hoba, największy meteoryt na świecie

Na naszej drodze pojawił się największy meteoryt, jaki odkryto na Ziemi. Spadł na prywatną farmę i wyrył niemałą dziurę w ziemi. Nie chcieliśmy przegapić tej atrakcji więc w okolicach Grootfontein zaplanowaliśmy kolejny przystanek w drodze do regionu Zambezi. Z Waterberg było to jakieś 150 km szutrem, dość monotonnym, gdyż poza kilkoma pawianami kręcącymi się wokół drogi, nie było innych zwierząt. Przejeżdżaliśmy przez prywatne farmy z bydłem, otwierając sobie bramki przejazdowe co kilkanaście lub kilkadziesiąt kilometrów. Zamyka się je by zwierzęta nie przechodziły na terenach odgradzających poszczególne farmy. Po przejechaniu od razu zamyka się je za sobą.

Aby obejrzeć meteoryt trzeba było uiścić opłatę i jak zawsze nie wiadomo po co, wpisać swoje nazwisko, adres zamieszkania (pani pilnowała, by był pełny), liczbę osób oraz kolejny przystanek w naszej dalszej drodze? Nie protestujemy, wszystko zawsze wpisujemy jak należy, może ktoś prowadzi jakieś statystyki, tego w końcu nie wiemy… A dodatkowo ja zawsze lubię trochę pokartkować skąd są ludzie, którzy przyjeżdżają i dokąd jadą? (najwięcej jest Niemców). A sam meteoryt bardzo nam się spodobał. Kawał solidnej porcji żelaza z domieszką niklu. Miejscami widać było poodcinane „na pamiątkę” fragmenty. Meteoryt nigdy nie został przesunięty z miejsca, na które spadł, gdyż jest zbyt ciężki. Ile waży, dokładnie nie wiadomo, ale szacuje się, że nie mniej niż 60 ton. Długi jest na blisko 3 metry a wysoki na 90 cm.

A przed wieczorem zajechaliśmy na farmę gdzieś po drodze do Rundu. Właścicielem był biały Namibijczyk. Jego farma liczyła jakieś 13 000 hektarów, hodował na niej bydło, ale wybudował też dla turystów podróżujących w region Zambezi, 8 małych domków, by można się było przespać. Miał też swoje własne „dzikie zwierzęta” – zebry, kilka rodzajów antylop, strusie, a nawet żyrafy… Przychodziły do wodopoju i mogliśmy je podziwiać. Rano zaś obudziły nas koguty i zaczęło się szaleństwo Iwa i Niny w bieganiu po całej farmie. Właśnie ich głośne okrzyki i gwizdania przyprowadziły właściciela do nas. Pozwoliliśmy im jednak na głośną i swobodną zabawę, gdyż na farmie nikogo już wtedy nie było…

Po tych szaleństwach wyruszyliśmy w naszą dalszą drogę nad rzekę Okavango…

 

Dzień 4 – Z wizyta u ludu Kavango

 

Na północy Namibii, niedaleko miejscowości Rundu, postanowiliśmy odwiedzić coś co się nazywa żywe muzeum. Po raz pierwszy byliśmy w żywym muzeum ludu Damara rok temu. Tym razem przejeżdżaliśmy obok żywego muzeum ludu Kavango, czyli ludzi mieszkających nad rzeką Okavango.

A idea żywych muzeów jest taka, by pokazać ludziom, jak żyli przodkowie kilkadziesiąt lub kilkaset lat temu.. Najczęściej są to pokazy tradycyjnych wyrobów, czy innych czynności składających się na codzienne życie –rozpalania ognia, przygotowywania jedzenia, radzenia sobie z chorobami  – tutaj prezentacja zazwyczaj obejmuje kilka lub kilkanaście ziół lub krzewów, będących tradycyjnym lekarstwem na szereg dolegliwości… Przewodnik oprowadzający po żywym muzeum (jedna z osób na miejscu) opowiada o zwyczajach danego ludu, a ludzie pięknie te zwyczaje pokazują.

Ja bardzo lubię żywe muzea. Są dużo ciekawsze niż te wypełnione choćby najbardziej interesującymi, ale martwymi eksponatami. Z kolei dla rdzennej ludności są one nie tylko sposobem do zarobku, ale też pozwalają na przetrwanie dawnych zwyczajów, wiedzy i tradycji. Bardzo mi się to podoba, choć jak z każdą atrakcją, w która zaangażowani są ludzie, należy zachować ostrożność, żeby uniknąć udziału w turystyce do ludzkiego zoo. Jak to odróżnić? Nie do końca jest to proste i poświęcę temu jeszcze osobny wpis.

Niemniej jednak, choć bardzo lubię oglądać i doświadczać inności, to jednak daleka jestem od tego by zamykać ludzi w bańce, by nigdy się nie zmieniali. Dlatego właśnie żywe muzea wydają mi się bardzo ciekawa ideą. Ludzie ubierają się jak kiedyś, żyją jak kiedyś, ale są wtedy  można powiedzieć, w pracy. Poza pracą, ubierają się w normalne ciuchy – najczęściej będzie to tutaj second hand z Zachodu – i wiodą zupełnie normalne życie. Choć żyją w warunkach niewiele lepszych, od tych które pokazują. Może ogień rozpalają już zapałkami, ale nadal jest to życie albo w małych domkach z blachy albo z gałęzi.

Nasza wizyta u ludu Kavango trwała półtorej godziny. Zobaczyliśmy jak wyrabiają koraliki, sznurki z ubijanej godzinami trzciny, jak wyrabiają mąkę, rozpalają w tradycyjny sposób ognisko czy robią noże… Na koniec zaprezentowano nam tradycyjne tańce. Każdy ubrał spódniczkę (mężczyźni również) i rozpoczęły się tańce i śpiewy. Te śpiewy nie były o niczym, ale zawsze o czymś – o szanowaniu starszych czy miłości do kogoś…

 

Dzień 4 i 5 – nad Okavango

Jesteśmy nad Okavango. Dla mnie to nie tylko 14 000 km od domu  i kilka dni podróży dalej. To spełnienie takiego marzenia, które gdy po raz pierwszy przeczytałam o Okavango, nawet marzeniem nie było. Bo o lotach w kosmos się wtedy po prostu nie marzyło. To była daleka Afryka, na tamten czas nieosiągalna, nawet w dziecięcych marzeniach. No więc Wam powiem, że w dniu w którym obudziłam się nad Okavango, ze wzruszenia miałam ściśnięte gardło. A ona tu była, płynęła spokojnie pod moim oknem. Słychać ją było bardzo wyraźnie, bo w pobliżu są małe wodospady (Popa Falls) więc jest szum. Wodospady są widoczne tylko teraz w porze suchej, później woda podnosi się o 4 do 5 metrów i zanikają? Okavango płynie przez jakieś 1600 km, zaczyna się w Angoli, przepływa przez Namibię by skończyć w Botswanie tworząc rozległą deltę. A z mojego okna, gdy się weźmie lornetkę do ręki, to widać wystające znad tafli wody głowy hipopotamów.

Nad Okavango toczy się normalne życie. Ludzie przychodzą z baniakami, by czerpać wodę z rzeki i zrobić pranie. Bydło a to się napije wody, a to wejdzie dla ochłody… kilka metrów dalej kręcą się krokodyle a ilość hipopotamów na metr kwadratowy na pewno podnosi wszelkie statystyczne  słupki w górę. Dzieciaki biegają i widać, że pracują z rodzicami albo, gdy są tak małe, że jeszcze na niewiele się zdadzą, kręcą się pod nogami mamy. Siedzą na piasku kilka metrów od brzegu.

Hipopotamy pływają w stadach. W zasadzie nawet nie można powiedzieć, że pływają, bo ponoć pływać nie potrafią? Chodzą po prostu po dnie. Nie wiem dlaczego nie zalicza się ich do wielkiej piątki afrykańskiej (słoń, lew, lampart, nosorożec i bawół afrykański), gdyż nie dość, że są wielkie, to jeszcze są jednymi z najgroźniejszych zwierząt. Co roku w Afryce więcej ludzi ginie w wyniku bliskiego spotkania z hipopotamem, aniżeli z całą wielka piątką razem wziętą… Zanurzają się w wodzie na kilka minut, by potem wystawić kawałek łba nad powierzchnię wody.

Są też krokodyle. Skubane potrafią się tak zakamuflować, że ciężko je zobaczyć. Czy na kamieniu, czy na piasku, najczęściej nieruchome, zlewają się z otoczeniem. Patrzysz i widzisz kamień, a dopiero po dłuższej chwili uświadamiasz sobie, że to coś zupełnie innego…

W dniu w którym płynęłam po Okavango, byłam w zupełnie innym świecie. Rzadko już tak mam, że podróż przeżywam emocjonalnie. Owszem są piękne widoki,  ciekawi ludzi, intrygujące zwyczaje i tradycje oraz radość z podróży. Ale tutaj w Afryce, już nie pierwszy raz przeżywam silne wzruszenie. Nie wiem, czy to bliskość zwierząt, przyrody na wyciagnięcie ręki, kurzu unoszącego się znad ziemi, czy inna magia, ale zdecydowanie podróżowanie po tym kontynencie, poza wszystkim innym, dostarcza też silnych emocji..

 

Dzień 5 – Z wizytą w Parku Narodowym Mahango

Tuz na końcu namibijskiego kawałka Okavango, znajduje się Park Narodowy Mahongo. Gdy się do niego jedzie, nagle kończy się asfalt i zaczyna szuter, by kilka kilometrów dalej drogę przeciął szlaban i znak stop. W małym drewnianym domku należy uiścić opłatę wjazdową do parku, a miła pani prosi o sfotografowanie mapy, by było wiadomo jak się po nim poruszać. Oczywiście trzeba podać jak zawsze imię, nazwisko, pełen adres, skąd, dokąd i posegregować płeć, ale to standard.

W parku pojeździliśmy przez pół dnia mając olbrzymie szczęście do słoni. Spotkaliśmy ich może z sześćdziesiąt.. Spacerowały stadami, w pewnym momencie naliczyliśmy stado liczące 20 osobników! Były też zebry, antylopy takie jak roan (to kuzyn znanego nam już oryxa, którego tu jednak nie spotkaliśmy), kob moczarowy  – antylopa, która cały czas pozostaje bardzo blisko wody i rzadko można ja spotkać dalej niż 3 metry od niej.  W wodzie się chronią przed drapieżnikami. Wiedzieliśmy z tablicy w domku przy wjeździe, że są tu również lwy i lamparty  ale skutecznie schowały się w trawie więc ciężko było je wypatrzeć… Według rozpiski miały tu też być antylopy sable, reebuck, tsessebe, sitatunga.

Jedna z dróg w parku prowadziła wzdłuż rzeki Okavango. Mogliśmy wtedy zobaczyć hipopotamy wylegujące się na jej brzegach i wysepkach, co w połączeniu z przestrzenią, spokojem, łagodnym falowaniem traw, wbijało w fotel samochodowy.

Według pani pracującej w domku przy wjeździe, można było wysiąść z auta w parku, tylko w dwóch miejscach. Aczkolwiek nie były one ogrodzone więc należało zachować bezwględną ostrożność i dobrze się rozglądać.  Jedno miejsce było przy gigantycznym baobabie nad Okavango. Nie wiem ile ma lat, ale byliśmy przy nim niczym mrówki, był tak wielki. Nie wiem też, czy wiecie, ale przytulanie się do baobabów ma dawać pozytywną energię, więc staliśmy tam bardzo długo przytulając się do drzewa i łypiąc okiem na auto, gdzie spała Nina oraz na najbliższą okolicę. Ale nie działo się nic..

Drugim miejscem, z którego pani twierdziła, że można było wyjść z auta, była urocza plażyczka przeznaczona na … piknik. Wokół kręciły się antylopy, co dawało nadzieję, że w razie przypadkowego spotkania z drapieżnikiem, będą jednak smaczniejsze kąski od nas… Odważyliśmy się posiedzieć z piętnaście minut, a nawet zjeść paczkę chipsów (pierwszą w podróży, żeby nie było..)

A ja jeszcze się popłakałam ze wzruszenia, że oto  siedzę nad Okavago z całą rodziną, ale o tym Wam już pisałam, więc nie będę się powtarzać…

 

Zdjęcia z drogi

 

Często pyta jaka jest Afryka więc Wam pokażę zdjęcia z drogi. Nie będą wyraźne, często zamazane i niezbyt ładne. Ale poza przyrodą i pięknymi miejscami warto zobaczyć też kto tu mieszka. Nasza podróż nastawiona jest na przyrodę i na każdy dzień zaplanowałam jakieś atrakcje rodem z Discovery Channel. Stąd mało jesteśmy wśród ludzi, gdyż brakuje czasu. Ale dużo jeździmy więc widzimy też Afrykę z drogi. Jaka ona zatem jest?

Biedna i piękna. We wszystkich wsiach, jakie mijamy, życie toczy się wokół drogi. Dzieci biegają na poboczu, a nam za każdym razem serce podchodzi do gardła ze strachu, że wbiegną na drogę. Nigdy  jednak tego nie robią.  Często pracują przy drodze ze swoimi rodzicami.  Często samodzielnie przy drodze sprzedają drewno na opał, czy pamiątki rękodzielnicze. Jeszcze częściej noszą baniaki z wodą doprowadzaną do jednego punktu we wsi albo przywożoną cysternami.

Ludzie często siedzą pod drzewem przy drodze i odpoczywają w cieniu. Nie zawsze mają pracę inną niż ciężka praca przy własnym obejściu – żyją z tego co wyhodują. Dzieci często biegną za samochodem i wyciągają rączki… i to jest dla mnie najtrudniejszy moment. Kiedyś woziliśmy cukierki, potem jakieś kredki i inne tego typu rzeczy, by napchać rączki „darami”. Odkąd przeczytałam ulotkę o odpowiedzialnym podróżowaniu po Namibii, nic nie dajemy. Napisane w niej było, że to uczy dzieci żebrania lub polegania na darach od innych. Nie uczy samodzielności. Zamiast tego – jak głosiła ulotka, lepiej jest wybrać się do miejscowej szkoły i zapytać dyrektora, czego dzieciom potrzeba. I nie dawać dzieciakom, a dyrekcji. Dzieciaki nie są zadowolone z naszych „pustych” przejazdów, ale trzymam się wytycznych ludzi mądrzejszych ode mnie w tym względzie wierząc, że wiedzą co mówią…

Dużo ludzi stoi przy drodze. Tutaj w ten sposób łapie się płatnego „stopa”. Kierowca zabiera za pieniądze prosto z drogi. Przez jezdnię stale przechodzi bydło, psy i kozy. Gdy wjeżdżaliśmy na szuter, niejednokrotnie mijaliśmy słonie, antylopy i inne mniejsze zwierzęta. Trzeba uważać na wszystko. Domy bardzo rzadko są murowane. Najczęściej z gałęzi i konarów lub jakiejś gliny. Malutkie chatki, zawsze z czystym podwórzem, ogrodzonym płotem z gałęzi, trzciny lub trawy, by drapieżniki (najczęściej hieny i szakale) nie dostawały się do środka i nie zagryzły bydła lub kóz (śpią ogrodzone obok domów).

A nad wszystkim unosi się wszechobecny kurz, gdyż Afryka w dużej mierze nie jest betonowa. Wszyscy, których widzimy we wsiach są czarni. Biali są głównie w miastach, są też w przeważającej mierze, właścicielami hoteli, lodgy, czy campingów. Jeżdżą autami 4×4, podczas gdy „czarna Afryka” jeździ klepanymi blaszakami, najczęściej zdezelowanymi pickapami lub małymi  samochodami. Czarna Afryka jest niewykształcona i myśląc o tym wielokrotnie zastanawiałam się czy brak pieniędzy jest przyczyną braku wykształcenia, czy brak wykształcenie jest przyczyną braku pieniędzy… co było pierwsze, jajko czy kura?

 

Dzień 6 – z wizytą u plemienia Mafwe

 

Opuściliśmy rzekę Okavango (wrócimy nad nią jeszcze w Botswanie) i udaliśmy się głąb regionu Zambezi, kierując się ku Wodospadom Wiktorii. Zanim tam jednak dojedziemy, odwiedziliśmy jeden z najbardziej  dzikich parków Namibii – Nkasa Lupalo, który kiedyś nosił nazwę Park Mamili. Jakieś 60 km przez parkiem, odkryliśmy wioskę ludu Mafwe. Wizyta była tak ciekawa, że straciliśmy poczucie czasu i do parku zajechaliśmy nocą, czego absolutnie nie mona robić. Stało się jednak i o naszych przygodach, napiszę już wkrótce, a póki co relacja z wizyty u ludu Mafwe.

Ten region, w którym teraz jesteśmy – cieniutki paseczek ziemi w północno-wschodniej części Namibii, został przemianowany w 2004 roku z Caprivi Strip na Zambezi Region, zmieniając tym samym hołd oddany jednemu z niemieckich gubernatorów, na nazwę jednej z wielkich rzek południowej Afryki.  Cała Namibia to 13 regionów, ale tylko w tym regionie, w którym jesteśmy czyli Zambezi, jest aż 6 plemion etnicznych – Subia, Yeyi, Mafwe, Sam, Tortela i Mbukushu. Z wizytą u ludzi San byliśmy w zeszłym roku, a w tym roku, korzystając z okazji, ze przejeżdżaliśmy obok żywego muzeum, odwiedziliśmy ludzi Mafwe.

O tej wizycie, możecie przeczytać tutaj

Dzień 6 i 7 – Nkasa Rupara czyli życie w buszu

Gdy opuściliśmy wioskę Mfawe zostały nam 3 godziny do zmierzchu i tylko 66 kilometrów. Wydawało się więc, że mamy bardzo dużo czasu by zdążyć zanim zapadną ciemności. Po ciemku się tutaj nie jeździ, gdyż jest to zbyt niebezpieczne z uwagi na dzikie zwierzęta. Naszą drogę z wioski Mafwe do parku Nkasa Rupara, przerwały najpierw słonie (stada liczące po kilkanaście sztuk) przechodzące przez drogę , potem zebry, różne antylopy a nawet jeden osioł. Nie przestawało nas to zachwycać. Dlatego droga nam się wydłużyła. Potem leśnymi ścieżkami zagubiliśmy się w dojeździe. Zdążyła zapaść noc, a nam chociaż zostało może jakieś 10 kilometrów, ciężko było dojechać bo gubiliśmy się w buszu. Nie mogliśmy znaleźć właściwej drogi. Najbardziej baliśmy się spotkania ze słoniami, na szczęście tylko guźce pałętały się pod kołami auta, choć niewątpliwie napięcie, jakie zawisło w powietrzu, w zderzeniu z nocą, nieznanym terenem i dziką zwierzyną, było gęste od emocji i wyrzutów sumienia.

Aż w końcu wjechaliśmy do Parku Nkasa Rupara, przejeżdżając w ciemnościach przez jego głębokie piaski. Wiedzeni instynktem w końcu trafiliśmy do naszych namiotów w buszu. A rano obudziło nas stado słoni przechodzące dwadzieścia metrów od nas. Jest to niesamowity spektakl, który mógłby trwać w nieskończoność. Choć słonie potrafią być bardzo szybkie, to najczęściej kroczą powoli skubiąc liście lub owoce określonych drzew. Stado było naprawdę liczne a nasze namioty na obrzeżach parku, nieogrodzone. Już rano obudził nas harmider nawoływań ekipy obozowiska, że idą słonie i trzeba uważać. Włoska żona włoskiego managera z dwulatkiem na ręku i dzieckiem w brzuchu, z uśmiechem narzekała, że znowu nie może dojść na śniadanie do domu. A my jak urzeczeni czekaliśmy na tarasie, kiedy w końcu do nas dojdą.

A znowu drugiej nocy po przyjeździe, nie mogliśmy wrócić do namiotu po kolacji, gdyż odwiedziło nas stado bawołów afrykańskich. W ciemnościach wyglądało na bardzo liczne, może nawet i 100 zwierząt przyszło się napić wody w sąsiednich szuwarach a kilka z nich postanowiło powałęsać się po obozowisku. Na szczęście płoszyło je… światło latarki, co odkryliśmy przypadkiem, gdy chciałam zrobić zdjęcia. Niemniej jednak, dopóki ostatni z nich nie zniknął z pola widzenia, pozostaliśmy uziemieni na tarasie lodgy z nadzieją, że z czasem uda nam się przedostać do namiotu.

I tak właśnie rozpoczęła się nasza przygoda w Parku Nkasa Rupara…

 

Miła niespodzianka o poranku w buszu

Spanie w namiocie ma tę zaletę, że słychać zwierzęta nocą. Odzywały się hipopotamy, słonie oraz docierało do nas mnóstwo innych dźwięków, których pochodzenie nie było dla nas znane. Czasem ciężko zasnąć z emocji a czasem człowiek budzi się w nocy i nasłuchuje fascynującego koncertu głosów i dźwięków przyrody, przyprawionego muzyką świerszczy. Coś chodziło pod drewnianym tarasem, na którym był nasz namiot, a rano zupełnie przy namiocie, odkryliśmy … kupy słonia.

Pewnego ranka o świcie, Iwo i ja (reszta jeszcze spała, tak bardzo było to o świcie) wybraliśmy się na safari z przewodnikiem. Po parku Nkasa Rupara (podobnie jak we wszystkich innych) można jeździć własnym samochodem, ale tu musi być  4×4, gdyż jest to jeden z najbardziej dzikich parków Namibii, czyli ma mało utwardzone szutry, w praktyce miejscowo bardzo głębokie o tej porze piaski (a w porze deszczowej to podmokły teren) i powalającą pięknem przyrodę. Liczyliśmy na to, że z przewodnikiem uda nam się wytropić lwa lub lamparta, które tu są. Choć mijaliśmy ślady tego pierwszego, to jednak on sam pozostał dla nas nieuchwytny. Podobnie jak bawoły afrykańskie, których miało być w parku tysiące a tymczasem objawiły nam się jedynie w nocy, gdy niewiele widać. Ale jak to z dziką zwierzyną bywa, ciężko umówić się na spotkanie.

Niemniej jednak samo jeżdżenie i wypatrywanie dzikich zwierząt z siedzeń otwartego samochodu, jest bardzo emocjonujące. Zwierzęta maja te przewagę, że zlewają się z otoczeniem. Ich barwy nie są przypadkowe i czasem ciężko jest je wypatrzyć. Natomiast dobra wiadomość jest taka, że nie reagują za bardzo na samochód, o ile oczywiście nie podjedzie się zbyt blisko. Dotyczy to zwłaszcza słoni, o czym przekonaliśmy się w zeszłym roku w Parku Narodowym Etosha, gdy prosto na nasz samochód szedł wściekły słoń, zdenerwowany przez innego turystę. Od tej pory czuję lekki strach przed słoniami właśnie.

Tego ranka widzieliśmy mnóstwo różnych antylop, bardzo wiele guźców, zdechłego hipopotama, a raczej wyschniętą skórę, jaka po nim została, ale żadnych kotów i bawołów. I kiedy lekko rozczarowani mieliśmy wracać do lodgy, wtedy okazało się, że pod rozległym drzewem kiełbasianym (po angielsku mówią tu na nie sausage tree ) czeka na nas … śniadanie w buszu. Jeszcze nigdy jajecznica z bekonem nie była tak dobra, a kawa nie pachniała ziarnem, jak wtedy, gdy pod rozłożystym drzewem, z widokiem na busz i sawannę wcinałam proste a królewskie śniadanie. Nieopodal przebiegało stado guźców a Iwo i ja rozkoszowaliśmy się chwilą wczesnego poranka, starając się zatrzymać w sercu i myślach chwilę, która dla mnie, mogłaby trwać wiecznie…

 

Płyniemy po rzece Lynianti

 

Na końcu Parku Nkasa Rupara płynie rzeka Linyanti. Postanowiliśmy przejechać przez park i do niej dotrzeć.

Nasza łódka miała jakieś cztery metry długości i dwa metry szerokości, była aluminiowa i miała nawet taras widokowy. Hipopotamy pływały wokół i najpierw było przerażenie, że za chwilę nas zaatakują, a później przyszło oswojenie wraz z obserwacją, że one się po prostu chowają, gdy łódź przepływa. Oczywiście nie można podpłynąć za blisko, gdyż mogłyby zacząć trząść łódką (ale nadal mam  nadzieję, że nie przewrócić). Ponieważ rzeka była wąska, dużo węższa niż Okavango, one tam były nieraz trzy metry od nas!. Chowały się jednak dość szybko. Ich głowy stadnie wystawały nad powierzchnię wody, by po chwili zanurzyć się z powrotem.

Nad rzekę przyszły też słonie – jak zwykle w większym stadzie – i piły wodę patrząc bacznie na nas i hipopotamy. Te ostatnie wydawały bardzo głośne, basowe dźwięki. Do tego całe stada kilku rodzajów antylop, tysiące ptactwa i jeden bawół afrykański w oddali, dopełniły piękna tej scenerii. To był jeden z naszych najpiękniejszych rejsów po afrykańskiej rzece. O ile Okavango kryło w sobie historię,  niezapomniane zachody słońca i bogactwo zwierząt to jednak z trochę większej oddali. Linyanti cała zarośnięta, dawała większe poczucie obcowania twarzą w twarz z tym wszystkim co chodziło i pływało wokół. A na koniec rejsu, zjedliśmy obiad pod znanym nam już drzewem kiełbasianym….

 

Spacer po sawannie (nadal w Nkasa Rupara)

Do tej pory zawsze oglądaliśmy dziką przyrodę z bezpiecznych siedzeń samochodu lub łódki. Tym razem postanowiłam pospacerować po sawannie. Nazywa się to walking safari i jest dozwolone z przewodnikiem. Wraz z nim idzie strażnik parkowy z … bronią. Może wydawać się to na pierwszy rzut oka niebezpieczne, ale przewodnicy znają świetnie zwyczaje zwierząt więc co do zasady takie piesze wędrówki powinny zawsze zakończyć się dobrze. Zresztą, jeden rzut oka na broń strażnika wystarczył, by zobaczyć, że jest ona stara i zakurzona. W zasadzie, gdy na nią patrzyłam, zastanawiałam się, czy w ogóle wystrzeli.

Nasz spacer był po raczej odkrytym terenie, tak abyśmy mogli zobaczyć ewentualne zbliżające się zagrożenie. Widzieliśmy mnóstwo antylop, guźce, ślady hipopotama, trochę zebr, mnóstwo kopców termitów i to by było na tyle. Zwierzęta nas słyszały, potem nasłuchiwały, a potem albo nic sobie z naszej obecności nie robiły albo uciekały.

Natomiast spacer wśród dzikiej przyrody Parku Narodowego Nkasa Rupara w Namibii, był świetną okazją do opowieści o zwyczajach zwierząt, mijanych roślinach i innych ciekawostkach afrykańskiej przyrody. Wiedzieliście, że słonie żyją do mniej więcej 65 lat i umierają z głodu? Dzieje się tak dlatego, że tracą zęby i nie mają czym przeżuwać pokarmu. Wtedy właśnie umierają. A hipopotamy z kolei, całe dnie spędzają w wodzie, by dopiero na noc udać się po swoją codzienną dawkę 30 kilogramów trawy. W jej poszukiwaniu, potrafią przejść nawet 8 km w głąb lądu, dzień w dzień tą samą drogą. Dlatego szanse, że chodząc po sawannie natkniemy się na hipopotama były praktycznie zerowe, natomiast na ich regularnej trasie, widoczne były ślady wędrówki. Skóra hipopotamów, jeśli nie jest ochładzana wodą, wysycha i tworzą się na niej otwarte rany..

Mijaliśmy też drzewa kiełbasiane – tak na nie tutaj mówią, choć oficjalna nazwa to kigelia afrykańska. Mają owoce w kształcie nomen omen wielkiej kiełbasy. Słonie je uwielbiają, podobnie jak małe fasolki rosnące na akacji zwanej tutaj camerton acacia (czyli po polsku akacja, ale nie jestem pewna jaki rodzaj). Te małe fasolki mają ziarenka w środku, które przy potrząsaniu wydają dźwięk grzechotki. Małym dzieciom nie kupuje się więc tutaj grzechotek, tylko jak płaczą daje fasolkę akacjową?

Mijaliśmy też mnóstwo dziur w ziemi, najczęściej wykopanych przez mrówkojady, choć potrafią w nich spać także hieny. Nigdy się nie powinno stać na wylocie z takiej dziury, gdyż zwierzęta potrafią wyskoczyć z niej właśnie wprost na delikwenta…

Chodziliśmy tak po sawannie aż słońce zaczęło się chylić ku ziemi. Kilka minut przed zachodem słońca doszliśmy do lodgy, na której szczycie czekała nam mnie już Ninka, wypatrująca mamy wśród wysokich traw. Zanim jednak pobiegłam do dzieci, wypiłam kieliszek białego wina z widokiem na zachodzące słońce – to jedna z największych, codziennych  atrakcji Afryki – sundowner czyli obserwacja zachodzącego słońca, na łonie natury, z kieliszkiem wina, czy tego, na co kto ma ochotę…

 

Dzień 8 i 9 – mighty Zambezi river czyli jesteśmy nad rzeką Zambezi

Jest takie angielskie słowo mighty. Kryje się w nim urok, piękno, wielkość i jak dla mnie pewna tajemniczość. Polskie tłumaczenie „potężny” czy „majestatyczny” nie do końca oddaje wibracje angielskiego „mighty”, a tak właśnie określają tutaj rzekę Zambezi. Mighty Zambezi. Czwarta największa rzeka Afryki rozgranicza Zambię (północ) i Namibię (południe), a następnie Zambię (północ) i Zimbabwe (południe) – w odniesieniu do obszaru na którym jesteśmy i przez który jeszcze będziemy przejeżdżać. Jest takie miejsce nad rzeką (okolice Kasane w Botswanie i Kazanguli w Zambii), gdzie stykają się granice aż czterech państw – Namibii, Botswany, Zambii i Zimbabwe… Zaś sama Zambezi przepływa przez jeszcze dwa inne kraje – Angolę i Mozambik (ale najlepiej sami spójrzcie na mapę).

Po opuszczeniu parku Nkasa Rupara przez dwa dni mieszkaliśmy nad rzeką Zambezi. Jest bardzo szeroka więc tam gdzie byliśmy, nie było widać tak dużo hipopotamów (choć są i to w niemałych ilościach). Po prostu niekoniecznie widać je tak dobrze, jak na węższych i płytszych rzekach. Są też krokodyle i według zapewnień miejscowych ludzi, wyjątkowo agresywne. Zdarzają się wypadki ugryzienia ręki, czy nogi, gdyż ludzie mieszkają nad rzeką. Widać małe wioseczki obłożone trawiastym płotem, ludzi pływających na mokoro (w zderzeniu z hipopotamem są praktycznie bez szans), bydło wypasające się nad rzeką (pożerane od czasu do czasu przez krokodyle). Gdy płynęłam o zachodzie słońca rzeką Zambezi, ludzie się właśnie myli. Widocznie nie wszystkim opłaca się przynieść wodę do domu, szybciej i prościej jest umyć się nad rzeką. A Zambezi ma kolor zielonkawo-brunatny.

Gdy płynie się wieczorem, na bardzo popularny w Afryce sundowner czyli obserwację zachodzącego słońca, słychać plusk wody, wiatr owiewa twarz i ciało a powietrze ma zapach rzeki i ciepłej ziemi. Pije się najczęściej wino lub gin z tonikiem i patrzy jak wielka kula słońca  w kolorze purpury i pomarańczy schodzi coraz niżej i nawet nie tyle, że chowa się za linię horyzontu, co raczej rozpływa w pasie szarości unoszącym się nad ziemią.  Chwilę potem tylko pasek różu wzbijający się nad szarością, przypomina o wielkim spektaklu, który rozegrał się sekundy wcześniej. Tak wygląda zachód słońca nad mighty Zambezi.

A my tutaj postanowiliśmy w otoczeniu krokodyli i hipopotamów, trochę powędkować. Wielu przyjeżdża nad tą rzekę by złapać jedną z groźniejszych ryb świata – rybę tygrysią. Ma naprawdę wielkie zęby. Wielu udaje się ja złapać po kilku dniach połowów, innym wcale, a niektórzy mają takie szczęście, że ryba połyka przynętę w pierwszej minucie łowów. Do tych ostatnich należy Iwo, który złapał rybę tygrysią w pierwszej minucie! W wyciągnięciu jej z wody musiał pomóc Tomek, gdyż była bardzo silna. Potem się okazało, że ważyła 6 kg. Po zważeniu wypuściliśmy ją do wody. Mi i Ninie (na wspólną wędkę) jeszcze dwa razy brały jakieś szuwary i to by było na tyle z naszych przygód na rzece Zambezi. Niestety nie wiem jak to możliwe, ale wszystkie zdjęcie z łowienia ryb albo się nie zapisały albo przypadkowo je skasowałam. Musicie mi więc uwierzyć na słowo, że ryba tygrysia miała wielkie zęby i … obejść się smakiem, gdyż zdjęć nie będzie☹

Nad rzeką Zambezi odpoczywaliśmy, by wyruszyć dalej do Zambii, ale o tym już w następnym wpisie, który znajdziecie tutaj.

 

Maria Pertek: Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Od niedawna blogerka.