fbpx

Self-drive safari w Afryce czyli wyprawa 4×4 – Zambia. Wodospady Wiktorii, Livingstone i park Narodowy Mosi-oa-Tunya cz. 2 – zapiski z podróży

 

Część pierwszą naszej wyprawy, która przebiegała przez rejon Zambezi (dawniej Caprivi) w Namibii znajdziecie tutaj

A tak wygląda mniej więcej mapa drugiego odcinka naszej podróży po Zambii, opisywanego w tym wpisie:

Dzień 10 – przekraczamy granice i jedziemy do Zambii

Po dwóch dniach nad rzeką Zambezi, dwóch zachodach słońca i dwóch wschodach, ruszyliśmy dalej, by przekroczyć granicę namibijsko-zambijską i wjechać do Zambii. Mieliśmy trzy możliwości – przekroczyć ją w Katima Mulilo – namibijsko-zambijskim przejściu granicznym; wjechać do Botswany i granicę przekroczyć w  Kasane, gdzie jest przeprawa promowa albo pojechać przez Botswanę do Zimbabwe i granicę przekroczyć w Victoria Falls czyli przy Wodospadach Wiktorii. Ta ostatnia możliwość była kusząca, ale ponieważ koło wodospadów będziemy wyjeżdżać z Zambii, chciałam wjechać od innej strony. Przeprawa promowa wyglądała na fascynującą, ale jak zobaczyłam, że na prom jednorazowo wchodzi kilka samochodów, bałam się czasu oczekiwania … Pozostała nam więc opcja pierwsza.

Zanim napiszę, jak wyglądał nasz wjazd do Zambii, muszę powiedzieć, że właściciel samochodu robił co mógł by zniechęcić nas do wjazdu wypożyczonym autem do tego kraju? Nie było problemu z zabraniem auta do Zimbabwe dokąd udamy się po Zambii i żadnego problemu z autem do Botswany, ale Zambia – wciąż słyszeliśmy, ze trzeba uważać, że kradną, że potrafią wybić szybę w aucie, że drogi nie takie i że przekraczanie granicy będzie trwało cały dzień… Jurek nawet chciał załatwić nam kogoś, kto odbierze nas z granicy i potem na nią odstawi własnym autem. Wszystko, byśmy tylko do Zambii nie wjeżdżali samochodem… Niestety żaden z tych argumentów mnie nie zniechęcił, wszystkie zaś upewniły w przekonaniu, że chcemy do Zambii pojechać, by zobaczyć Wodospady Wiktorii z obu stron – zambijskiej i od strony Zimbabwe. Kosztowo jest to bez sensu, ale w życiu czasem pieniądze warto policzyć inaczej…

Zanim udaliśmy się na przejście graniczne, odwiedziłam bank, by nabyć dolarów, gdyż z opowieści podróżników wynikało, że w Zimbabwe (jedziemy tam po 3 noclegach w Zambii) karta płatnicza do niczego się nie przyda, a bez dolarów nie przeżyję ani jednego dnia (hiperinflacja). Musiałam więc nabyć aż 1000 dolców, tak na wszelki wypadek (mogłam oczywiście w Polsce, ale czasu zabrakło…) Najpierw więc ustawiłam się do okienka, by zapytać, czy mają. Mieli, ale pani musiała się upewnić, że będzie mogła mi sprzedać. Mogła. Musiałam więc wyjąć z bankomatu. Namibijskie pliki okazały się być fortuną – na grubo wypchały mi obie kieszenie i musiałam powtarzać operację w bankomacie aż sześć razy (jednorazowo można wyjąć równowartość jakichś 180 dolarów) Pół godziny później, po podpisaniu miliona papierów, skserowaniu paszportu, przeliczeniu kupki pieniędzy, mieliśmy swoje dolary i mogliśmy jechać do Zambii.

Granicę namibijską przekroczyliśmy w piętnaście minut, szybko wypełniając papiery. Wtedy też zaczepił mnie gość oferujący … kwacze. Kwacza to waluta Zambii, potrzebowaliśmy jej na różne opłaty na przejściu. Ale jak kupić kwacza na czarnym rynku, skoro nie wiem po ile stoi? Więc ja robię tak. Dawid mówi, że będę potrzebować 1500 kwacza. Ja na to ile chce dolarów za to. On, że 220.  Ja odpowiadam na to, że muszę sprawdzić w Internecie. Ale niestety nie miałam internetu, gdyż namibijski przestał już działać a zambijskiego nie miałam. Biorę więc wtedy telefon (sprawdzone wielokrotnie) i udaję , że sprawdzam przelicznik w necie, marszczę czoło i mówię że za dużo. Dawid od razu obniża cenę do 180, ja znowu marszczę czoło i mówię, – na chybił trafił – że 160 będzie OK a David się zgadza. Tak targowałam cenę nie mając pojęcia ile kosztuje kwacza? Potem sprawdziłam i powinnam zapłacić 120 dolarów, choć wziąwszy pod uwagę czarny rynek na granicy, może z 10 więcej, ale przepłaciłam 30 spokojnie?Ale jak to się mówi – nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Bez kwacza nie przekroczylibyśmy granicy zambijskiej a w banku namibijskim nie można jej kupić?

Chwilę później David oferuje, że za 20 dolców, przeprowadzi nas szybko przez granicę. Pytam jak szybko mając w pamięci opowieści o 6 godzinach. Twierdzi, że 45 minut. Wobec spodziewanego całodniowego przekraczania granicy, biorę to bez targowania. Od tej pory mamy w cenie kolegę pilnującego auta przy każdym naszym wyjściu z samochodu i prowadzenie od jednego okienka do drugiego, trzeciego i … siódmego gdyż tyle ich było. Wszędzie chcieli papiery od auta a my mieliśmy tylko list pozwalający na wjazd pożyczonym samochodem do Zambii i ubezpieczenie na Namibię. Gdy już przeszliśmy połowę z okienek, przypomnieliśmy sobie, że dowód rejestracyjny leży w schowku. W każdym okienku musieliśmy coś zapłacić. A to kupić wizę, a to ubezpieczenie na auto, a to podatek od jazdy, a to jakąś opłatę dla  miejscowego urzędu i jeszcze nieznane nam podatki.  W każdym razie z Davidem, milion papierów i pieczątek zdobyliśmy w 45 minut i byliśmy na ziemi zambijskiej. Udało się!

W tym dniu mieliśmy do pokonania jeszcze 200 km, co obliczyłam na 2,5 godziny jazdy, gdyż droga na mapie była zaznaczona jako główna. Tymczasem była pokryta tak podziurawionym asfaltem, że jechaliśmy 5 godzin. Dlatego tutaj w Afryce, jazdy nigdy nie mierzy się kilometrami do pokonania, a czasem jazdy. W ten o to sposób sobie o tym przypomniałam …

O Zambii wiedzieliśmy niewiele – że żyje głownie z wydobycia miedzi, że bardzo dużo inwestują tu Chińczycy, że jest 15% zachorowalność na HIV/AIDS, w tym dzieci poprzez zarażenie się od matki i 15% ludzi nie potrafi ani czytać ani pisać. Po drodze mijaliśmy wioski, które wyglądały na biedniejsze niż w Namibii, choć kwacza stała wyżej niż dolar namibijski. Cztery i pół godziny później, tuż przed zmrokiem dojechaliśmy do Victoria Falls , niedaleko legendarnego miasta Zambii – Livingstone…

nasza odrobina luksusu w podróży – Tongabezi w Zambii

 

Dzień 11 – spacer z nosorożcami w Parku Mosi-oa-Tunya

 

Tak nam się spodobało walking safari w namibijskim parku Nkasa Rupara (można przeczytać w części pierwszej) , że będąc już nad rzeką Zambezi, tym razem po stronie Zambii, wyruszyliśmy o poranku wspólnie z Tomkiem na pieszy spacer po Parku Mosi-oa-Yunya w Zambii. To jeden z dwóch najmniejszych parków Zambii, a szukaliśmy … nosorożców. Mosi-o-tunya w miejscowym języku znaczy „the Smoke Which Thunders” i to jest nazwa, jaką określano Wodospady Wiktorii, zanim zostały tak nazwane przez podróżnika i badacza tych terenów, Davida Livingstona. Mgła, Która Grzmi. A nosorożce wytropiliśmy, z czego jesteśmy bardzo dumni! Jakieś 10 metrów obok, momentami do 7 metrów, kroczyło obok nas stado aż sześciu nosorożców.  A my szliśmy dosłownie obok, krocząc powoli lub stojąc i patrząc z niedowierzaniem na to, co robimy. One tam były zaraz obok nas, a my w dwójkę mogliśmy podziwiać je z bliska. To są tak silne emocje wywołane bliskością tych zwierząt, od których większy jest chyba tylko słoń, że życzę Wam wszystkim byście je mogli pewnego dnia tutaj w Afryce poczuć. My, wyrwani z miasta pośrodku Europy, kroczyliśmy noga w nogę z potężnymi nosorożcami i to było dla nas jedno z najpiękniejszych dotychczasowych przeżyć. Tak blisko niebezpiecznej natury, na własnych nogach jeszcze nie byliśmy.

Ponieważ nosorożce są niestety gorącym towarem dla kłusowników, wszystkie dziesięć zgromadzonych w tym parku, korzysta z ochrony. Przez 24 godziny na dobę czuwają nad nimi strażnicy parkowi. W niektórych miejscach na świecie, by ochronić nosorożce przed śmiercią kłusowniczą, odcina im się róg. Niestety bez niego, te zwierzęta są bezbronne… W Zambii, jak nas zapewniono, rogi nie są odcinane, tylko jest całodobowa ochrona. Ile jest ona warta, nie wiem. Za to róg nosorożca jest ponoć cenniejszy niż złoto, a wszystko przez to, że wielu Azjatów wierzy, że proszek z rogu leczy raka a także jest naturalną viagrą… A nosorożce, które widzieliśmy to były białe nosorożce. Od czarnych różnią się wielkością (są większe) i kształtem szczęki (wąska a nie szeroka), ale nie kolorem. Ponoć nazwa biały nosorożec pochodzi od błędu w tłumaczeniu. Ktoś kiedyś powiedział „wide” czyli „szeroki” a ktoś zrozumiał „white” czyli biały. Ale tak to kiedyś bywało, gdy o tym jak wyglądają nosorożce można było się dowiedzieć albo z opowieści albo widząc na własne oczy, bo internetu i zdjęć jeszcze nie było….

 

 

Dzień 11 – lecimy nad Wodospadami Wiktorii

Stolicą Zambii jest Lusaka, ale to Livingstone króluje, jeśli chodzi o przemysł turystyczny. Jest tutaj wszystko, co można sobie wymarzyć, trzeba się jednak na to odważyć. Loty helikopterem i motolotnią nad wodospadami, skoki na bungee z mostu Wiktorii rozpiętego nad przepaścią i łączącego skalistą część Zambii i Zimbabwe, wielka huśtawka na której można się huśtać po skoku z mostu, czy też jeden z trudniejszych raftingów świata na rzece Zambezi.  Po stronie Zambii jest jeszcze jedna atrakcja dla śmiałków – kąpiel w miejscu, w którym woda spada 108 metrów w dół – Devil’s pool.

Na początek postanowiliśmy polecieć helikopterem. O tej porze roku (sierpień), wodospady po stronie Zambii, były wyschnięte, bardzo mała ilość wody spływała w dół. Po stronie Zimbabwe natomiast, było co podziwiać.  A pod nami pałętały się stada słoni, które z góry wydawały się być wielkości myszy… To niesamowite, jak wszystko się zmienia, gdy patrzy się na to samo, ale z innej perspektywy…

Odwiedziliśmy tez muzeum Livingstona. David Livingstone był szkockim badaczem i podróżnikiem, który można powiedzieć odkrył nieco bardziej Afrykę dla Europy. Był wielkim zwolennikiem zniesienia niewolnictwa, zaś jego wyprawy to były naprawdę wyprawy w nieznane, trwające po 14 lat… Żeby przeżyć oczywiście wynajmował lokalnych przewodników, strażników, czasem ich było ich nawet kilkaset. Świetnie zbadał środkowy odcinek Zambezi, wtedy gdy nie było jeszcze Zambii, ale Beczuana, dzisiejsza Botswana. To on nadał wodospadom o nazwie Mgła, która grzmi nazwę Wodospadów Wiktorii. Podczas ostatniej wyprawy zaginął, potem został po kilku latach odnaleziony by w końcu umrzeć w Afryce. O tym, jak wspaniałym był człowiekiem dla miejscowej ludności, niech świadczy fakt, że jego przewodnicy sami, dobrowolnie,  nieśli tysiące kilometrów jego zwłoki do portu w Dar es Salem (dzisiejsza Tanzania), by mogły popłynąć do Wielkiej Brytanii.

A muzeum, choć w dużej części poświęcone jest historii jego życia, to ma też niezmiernie cenne pamiątki – zdjęcia sprzed kilkuset lat a na nich wodzowie wiosek w tradycyjnych ubiorach czyli najczęściej skórach lamparta z niesamowitymi ozdobami na głowie i ciele. Niestety w muzeum nie można robić zdjęć (nie wiem dlaczego, ale szanujemy). Muzeum tez pokazuje trudną drogę Zambii do niepodległości.

A po muzeum powłóczyliśmy się po targu rękodzieła. Sprzedawcy zachęcali nas jeden przez drugiego do zakupu pamiątek. Chociaż targ był barwny, to po czterdziestu minutach chodzenia, mieliśmy już dość oskubany portfel i czas było się ewakuować….

 

Dzień 12 – Livingstone Island czyli o tym jak kąpaliśmy się przy Wodospadach Wiktorii

Tylko po stronie zambijskiej i tylko w porze suchej, można popłynąć łódką na Wyspę Livingstona, której południową granicę wyznacza krawędź Wodospadów Wiktorii. Z tego miejsca rozpoczyna się wysoki na 108 metrów kanion, którym spływa woda, tworząc potężne, długie na 1,8 km Wodospady Wiktorii. W porze suchej, po stronie zambijskiej spływa mało wody, ale po stronie Zimbabwe, jest jej pod dostatkiem. Na samej krawędzi wodospadów, tuż przed spadkiem, woda tworzy naturalny basen, który ma może jakieś 7 m2, po czym przelewa się z wielkim hukiem w dół.

Po opuszczeniu łódki i wyjściu na ląd, płynęliśmy wpław do tego basenu. Była godzina 7.21 gdy zamoczyłam się w chłodnej wodzie potężnej Zambezi, przy huku wodospadów i z okrzykiem niedowierzenia, że oto ja Maria z Rawicza i Tomek z Oleśnicy, walczymy z nurtem rzeki i jej prądem, by dopłynąć do Devil’s pool, popatrzeć w otchłań Wodospadów Wiktorii  i oczywiście zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Byli tacy, których to przerosło i pomimo opłaconej adrenaliny, musieli się wycofać, gdyż w obliczu potężnej Zambezi, stumetrowej przepaści, widocznych wirów i prądu, nie byli w stanie pokonać lęku. Wcale im się nie dziwię.

Natomiast my wyposażeni w wiedzę, że krokodyle nie lubią wodospadów, po zrzeczeniu się wszystkich roszczeń wobec monopolisty – brytyjskiej spółki organizującej to  mrożące krew w żyłach przeżycie, pływaliśmy nad krawędzią Wodospadów Wiktorii po rzece Zambezi. To była taka chwila, w której myślisz tylko o tym, że niemożliwe nie istnieje.

Po tym porannym przeżyciu, nasze popołudniowe łowienie ryb z dziećmi w rzece Zambezi, wśród krokodyli i hipopotamów, było dla nas już tylko niedzielną wycieczką dla grzecznych rodziców i ich dzieci?

 

Dzień 13 – Iwo kończy 8 lat a my wyruszamy do Zimbabwe

 

Nasz syn ma wielkie szczęście, bo urodził się latem. Ma z nas wszystkich zawsze najciekawsze urodziny, bo na dworze. Do tego możemy świętować na wakacjach. W tym roku wyjątkowo, bo pływaliśmy tratwą po rzece Zambezi wśród krokodyli i hipopotamów. Był tort, były śpiewy a nawet kartka od ucznia tutejszej szkoły. To piękna historia szkoły Tujatane, którą założyła żona właściciela lodgy, w której byliśmy. On był Anglikiem, ale kochał wakacje w Afryce. Chciał kupić kawałek ziemi w latach 80-tych, ale lokalne władze uznały, że 27 latek jest za młody by mu go sprzedać. W międzyczasie przyszły właściciel, zdążył odbyć kilka podróży po Afryce na motocyklu, łodzi mokoro a nawet surfować wzdłuż wybrzeży… W końcu dostał swój upragniony kawałek lądu nad rzeką Zambezi, stworzył kemping na zakolu rzeki z widokiem na hipopotamy i krokodyle oraz tabuny ptaków, który z czasem przekształcił w fantastyczną lodgę. Jego żona utworzyła dla zambijskich dzieci szkołę – najpierw dla kilkunastu dzieci pracowników lodgy, by dzisiaj uczyło się tutaj 280 dzieciaków, wspomaganych finansowo przez ludzi z całego świata. Niestety ta piękna historia miała w tym roku bardzo smutny okres – właściciel, który był tutaj człowiekiem-instytucją zmarł na raka w wieku pięćdziesięciu kilku lat. Została żona i dorosłe dzieci, piękny kawałek ziemi, świetnie prosperująca lodga i wielka firma, która jest monopolistą w dowozie turystów na Livingstone Island i organizująca połowę z tutejszych atrakcji. Czyli jednym słowem wielka rzecz z małego początku zrodzonego z miłości i pasji.

A Iwo dostał kartkę od Emmanuela ze szkoły Tujatane. Bardzo chcieliśmy  odwiedzić i jego i szkołę, ale niestety są wakacje i dzieci w szkole nie ma. Czasem przychodzą na zajęcia artystyczne, coś na kształt półkolonii, ale niestety, gdy chcieliśmy pójść podziękować osobiście za kartkę, zaczął się weekend i nikogo nie było. Tak więc mamy niezły powód, by tu wrócić…

Nasza dalsza droga prowadziła do parku Narodowego Hwange w Zimbabawe. Zanim tam dotarliśmy musieliśmy przekroczyć granicę miedzy Zambią a Zimbabwe, ale o tym już w kolejnym wpisie.

Link do kolejnej, trzeciej części naszej podróży, o tym co zobaczyliśmy w Zimbabwe, znajdziecie tutaj.

 

Maria Pertek: Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Od niedawna blogerka.