fbpx

Self-drive safari w Afryce czyli wyprawa 4×4  – Zimbabwe i Park Hwange cz.3 – zapiski z podróży

 

Ta opowieść zaczęła się w Namibii i jej pierwszą część znajdziecie tutaj, a potem rozwinęła w Zambii, o której część drugą znajdziecie tutaj.

A tutaj mapa podroży opisywanego odcinka:

 

Dzień 13 – przekraczamy granice na Moście Wiktorii

Opuściliśmy Zambię. Granica miedzy Zambią a Zimbabwe znajduje się przy Wodospadach Wiktorii. Przejeżdżaliśmy przez ponad stuletnią stalową konstrukcję mostu, na którą jednorazowo może wjechać jeden pojazd. Widokowo przepiękna przeprawa, natomiast od strony formalności jeden wielki koszmar, przy którym granica namibijsko-zambijska była cudownym wspomnieniem. Ale to taki pozytywny folklor absurdów, który jest dla nas zawsze pięknym wspomnieniem wszystkich pokonanych trudności. Tym razem „okienek” naliczyłam jedenaście (niektóre fizycznie były tymi samymi, ale po inną pieczątkę). Te wszystkie formalności wynikają z tego, że jedziemy samochodem, który jest na namibijskich blachach i do tego wypożyczony. Mieliśmy ofertę szybkiego przekroczenia granicy za 150 USD, ale nie skorzystaliśmy.  Żeby Wam zaoszczędzić czasu, opowiem o dwóch zabawnych sytuacjach. Mianowicie przyszedł pan, który zaoferował nam do kupienia pieniądze Zimbabwe, gdyż twierdził, że na granicy część opłat jest tylko w lokalnej walucie. Pamiętałam, że czytałam, że tu za wszystko mogę zapłacić w dolarach amerykańskich, ale jak to często bywa, zwątpiłam w obliczu przekonującego mnie sprzedawcy. Postanowiłam nabyć lokalną walutę za 20 dolarów amerykańskich, gdyż tyle jak twierdził pan, miało mi wystarczyć. Procedura odbyła się według znanego Wam schematu (opisywanego w części drugiej)– pan podaje cenę, jak marszczę czoło i mówię niemożliwe, po czym sięgam po telefon. Tym razem internet zambijski jeszcze działał. Pan podał przelicznik mniej więcej cztery sztuki ichniej waluty za 1 dolara amerykańskiego. Sprawdzam na stronie currency converter, której używam, czyli strony z przeliczaniem walut, a tam zonk! Okazuje się, że to nowa waluta Zimbabawe o nazwie bond, nie jest jeszcze wprowadzona nawet na strony przeliczające waluty… wszędzie króluje jeszcze dolar Zimbabwe… wart mniej niż grosz… A o bondzie zdążyłam wyczytać wtedy na szybko, że i tak nikt w tym kraju nie posługuje się jej nowa walutą i jest zbędna, po czym … na wszelki wypadek nabyłam 80 bondów za 20 dolarów?

30 pytań później o imię matki, zawód, skąd dokąd itd., zawieszam się na pytaniu o miejsce produkcji naszego auta. Rok produkcji już podałam, ale gdzie je wyprodukowano?? Wiedzieliśmy, że Jurek kupił w Namibii więc pokazuję papiery, że tam zarejestrowane, ale niestety pani chodzi o miejsce produkcji. Szukamy tabliczek w całym aucie i ufff… jest! Południowa Afryka. Jeździmy autem wyprodukowanym w RPA. Gdy ten sukces mieliśmy za sobą, okazało się, że komputery nie działają i musieliśmy na nowo odpowiedzieć na zastaw tych samych pytań na formularzu papierowym. A urzędnicy, choć wiedzą teraz, że nasze auto było z RPA i jak ma na imię moja mama oraz co robię w życiu, to przepuścili dzieciaki i Tomka do Zimbabwe, w ogóle na nich nie patrząc. ?Ale przynajmniej papiery samochodu prześwietlono na wylot! A bondy okazały się na granicy zupełnie niepotrzebne, chcieli tylko dolary amerykańskie.

Niestety poranna kawa, patrzenie na hipopotamy i żal opuszczania naszej pięknej lodgy niedaleko Victoria Falls, spowodowały, ze śniadanie trwało wieczność, potem jazda przez most też wymagała odpowiedniej oprawy w postaci sesji zdjęciowej i do tego przedłużające się formalności na granicy spowodowały, że nie poszliśmy już nad wodospady po stronie Zimbabwe. Zabrakło już czasu. Ale kąpaliśmy się przy nich, lataliśmy nad nimi więc myślę sobie, że warto zostawić kolejny powód by tu wrócić, zwłaszcza że w mojej głowie zakołatał już zarys przyszłorocznej wyprawy…

Nasza droga do parku Narodowego Hwange trwała też dłużej niż założyliśmy. Do tego przejeżdżaliśmy przez jakieś kopalniane tereny więc niejednokrotnie wątpiliśmy czy dobrze jedziemy. Korzystamy z map papierowych i map maps.me, i jedno z drugim zawsze jednak właściwie prowadzi do celu. Nie inaczej więc było tym razem. Gdy dojechaliśmy do parku, została nam jakaś godzina do zmierzchu więc tempo rozkładania obozowiska musiało być ekspresowe. Ale za to następnego dnia obudziliśmy się z fantastycznym widokiem na park. Do tego nie obudziliśmy się sami. Wokół nas śpiewały ptaki, biegały wiewiórki,  a my sobie robiliśmy śniadanie z kolejnym widokiem wartym tego, by nigdzie się nie spieszyć … (cdn.)

 

Dzień 13, 14 i 15 Park Narodowy Hwange

Po śniadaniu zwinęliśmy nasze obozowisko w tempie zbyt wolnym jak zawsze. Ale takie jest podróżowanie z dziećmi. Wszystko trwa dłużej więc ciągle jesteśmy w niedoczasie w stosunku do planu? Zimą słońce zachodzi już przed godziną 18. Więc wyjazd o godzinie 10 i kolejne rozkładanie namiotów o 17 a najlepiej o 16, dają bardzo mało czasu na jazdę w terenie i podziwianie przyrody.

Na szczęście zwierząt jest tutaj tak dużo, że czekały na nas już na kempingu? Zresztą kemping nie był nawet ogrodzony. Całą noc paliliśmy ogień, by hieny nie podeszły zbyt blisko… I choć dużo już zjeździliśmy i w tym roku i w kilku poprzednich, to nigdy bliskość dzikich zwierząt nie przestaje mnie zachwycać. Pojawią się nagle. Najpierw ich szukamy, wypatrujemy, a potem już same nagle przechodzą przez drogę, ujawniają się w krzakach i pod drzewami, gdy po przypatrzeniu się widzisz, że to na co patrzysz, niekoniecznie jest tym, o czym myślisz. Pierwszy pojawił się hipopotam. Pomyślałam, że to niemożliwe, bo przecież one są tylko przy wodzie za dnia, ale kilka sekund później sprawa się wyjaśniła. Była woda, przysłonięta przez małą górkę i kilka hipopotamów już plażowało.

Potem spotkaliśmy trochę słoni, antylop a nawet nie wiem jak to się stało, ale wypatrzyliśmy lwicę leżąca 60 metrów od drogi. Była dość daleko, ale ponieważ to był pierwszy wypatrzony przez nas lew, poświęciliśmy jej dobrych kilka minut uwagi. Niestety widoczna była głównie przez lornetkę, ale i tak miło było popatrzeć. To wszystko o czym napisałam, okazało się być jedynie preludium do tego, co miało stać się chwilę później. Zajechaliśmy nad oczko wodne, a tam były one – tabuny bawołów afrykańskich. Jedne piły wodę, inne dopiero schodziły do wodopoju. Z grubymi zawinięty rogami. Od teraz do zobaczenia wielkiej piątki afrykańskiej na tej wyprawie,  brakować nam będzie już tylko lamparta i pół lwa, bo lew 60 metrów od drogi liczy się na 50% tylko?

W wodzie były też hipopotamy i krokodyle a na naszych oczach rozgrywał się jeden z najpiękniejszych spektakli świata natury. A to hipopotam pogonił bawoła, otwierając potężną szczękę i wydając gruby i niski dźwięk ostrzegawczy, po którym bawół skulił się w sobie i odsunął na metr. A to antylopy bardzo ostrożnie podchodziły do wody i piły ją dosłownie kilka metrów od krokodyli, bardzo czujne i napięte, by na jeden krokodylowy mikro ruch, odskoczyć szybko i nagle w bok. Aż w końcu nadeszły one – wielkie słonie. Szły w dwóch rzędach, gęsiego, otoczone unoszącym się kurzem. Szły szybko i pewnie, rozganiając na bok wszystkie bawoły. Te przy wodzie częściowo uciekły, częściowo przesunęły się dalej ustępując miejsca słoniom bez żadnego sprzeciwu. Widzieliśmy to w Afryce już wielokrotnie – zwierzęta znają swoje miejsce w szeregu.

A my jeszcze długo w tym miejscu obserwowaliśmy ten niesamowity świat, taki odległy a jednak na wyciągnięcie ręki. Tutaj w Afryce magia obcowania z ziemią i tym wszystkim, co po niej chodzi i lata, budzi naprawdę silne emocje. I z wszystkich moich podróży, jedynie Skandynawia mogłaby dorównać emocjom towarzyszącym stąpaniu po Czarnym Lądzie.

Tak więc siedzieliśmy nad tym oczkiem wodnym i śniliśmy ten swój sen na jawie dość długo, zanim ruszyliśmy w dalszą podróż po parku . Zanim się to jednak stało, patrzyliśmy, jak bawoły odchodzą. Gdy zniknęły z pola widzenia, jeszcze hen daleko unosiła się wysoko nad nimi wielka chmura kurzu, wskazująca jak wielkie stado kroczy tam gdzieś w buszu….

 

Lew Cecil w Parku Hwange

 

Czy pamiętacie lwa Cecila i wielką aferę internetową wywołaną zdjęciem, jakie amerykański dentysta zamieścił w sieci po zabiciu trzynastoletniego lwa? To było właśnie tutaj, w Parku Narodowym Hwange. Jeśli chodzi o same polowania, to niewiele się zmieniło od tego czasu, poluje się tutaj nadal za grube pieniądze. To co się zmieniło, to prośba władz do myśliwych, by niekoniecznie publikować zdjęcia w sieci. Podróżując po Hwange, widzieliśmy myśliwych. Ich auta wyposażone są w pojedyncze (góra dwa lub trzy) krzesełka na otwartej pace i mają miejsce na oparcie broni. Na kempingu, czy lodgy, może polujących zobaczyć z pasami wypełnionych nabojami i zawiniętymi wokół pasa. Takich właśnie widzieliśmy.

A nasze polowanie (bez broni, tylko z aparatem i lornetką) w Parku Hwange, obfitowało w naprawdę olbrzymie ilości zwierzyny. Widzieliśmy żyrafy, które do te pory występowały w mniejszych ilościach lub wcale. Tutaj dostrzegliśmy aż trzy, co może nie jest dużo w porównaniu z innymi zwierzętami, ale tak to już jest, że jak czegoś jest mało, to okazuje się, że człowiek się na to jakoś bardziej się cieszy… Widzieliśmy też sępy, które najpierw krążyły w oddali, a potem obsiadły jedno z drzew i siedziały na nim nieruchomo. Z niewidzianych do tej pory, pokazały nam się też wielkie ptaszyska – Southern Ground Hornbill (dzioborogi kafryjskie). Szły jakieś 10 metrów od drogi i chowały się w trawie. A słoni to jest tu tyle, że już nawet nie krzyczymy „o! słonie” tylko normalnie się informujemy po której stronie auta są. A są ich tłumy. Chodzą stadami, zawsze przewodzi im słonica. Bo słonie lubią matriarchat proszę Państwa. To samica przewodzi stadu i jedno czego absolutnie nie wolno, to wejść im w drogę. Dlatego jak słoń przechodzi przez naszą trasę, zawsze się zatrzymujemy. To w miarę przyjazne zwierzę, ale ma gorący temperament, którego nie zawaha się okazać, gdy wejdzie się mu w drogę….

 

 

Poniżej garść informacji praktycznych o Parku Narodowym Hwange, a już wkrótce, kolejny wpis z podróży, o naszym safari w Botswanie.

 

Informacje praktyczne Park Hwange z Zimbabwe

To największy park narodowy w Zimbabwe. Znajdziecie tutaj wielka piątkę afrykańską, w tym naprawdę liczne stada słoni i bawołów afrykańskich. Park Narodowy Hwange pokrywa powierzchnię 14,651km² i znajdziecie tutaj ponad sto różnych gatunków zwierząt i ponad 400 gatunków ptaków!

Mapę parku znajdziecie tutaj: http://www.hwange.co.za/client/114/doc_store/kapula-north-west-zimbabwe.pdf

 

Gdzie spać w Parku Narodowym Hwange

My spaliśmy na dwóch różnych kempingach – Sinematella Camp (państwowy) i Robin Camp (prywatny). Sinematella ma sanitariaty w nienajlepszym stanie, ale daliśmy radę. 1 noc za samochód oraz nasza czwórkę (2 dorosłych + dwójka dzieci) wyniosła 90 USD. Spaliśmy we własnym namiocie na dachu auta:0 w tej cenie dostaliśmy drewno na rozpalenie ogniska. Widoki na kempingu sa przepiękne! Na dość dużą równinę parku Hwange. W Sinematella były też domki do wynajęcia, ale nie wyglądały dobrze. W tym miejscu w mojej ocenie zdecydowanie lepszym wyborem jest spanie na kempingu.Brak było wifi, baru, restauracji, czy sklepu do kupienia czegokolwiek.

Robin Camp z kolei to prywatny kemping. Za nasz samochód i 4 osoby zapłaciliśmy 100 USD. W tej cenie nie było drewna na ognisko (można kupić dodatkowo), ale sanitariaty były wręcz luksusowe? Do tego była osoba, która chętnie myła za Was naczynia (za dodatkowa opłatą). Kemping ma też domki i pokoje do wynajęcia i w tej części jest tez basen, z którego mogą skorzystać nocujący na kempingu. Na miejscu jest też restauracja, gdzie można zjeść i bar z napojami. Wifi w części lodgowej dodatkowo płatne

Wszystkie inne miejsca do spania znajdziecie tutaj: https://zimparks.org/parks/national-parks/hwange/#1497448179345-c6173506-f1af

Dodatkowo za każdy dzień pobytu w parku należy uiścić opłatę. My płaciliśmy 10 USD od osoby za każdy dzień pobytu. W czasie, gdy my byliśmy, paliwo nie było dostępne do kupienia na terenie parku, trzeba było mieć swój zapas.

Nasze ulubione miejsce w parku Hwange to Masuma Dam – tam obserwowaliśmy najliczniejsze stada słoni, bawołów, liczne hipopotamy, krokodyle i antylopy, przychodzące naraz do wodopoju.

 

 

Maria Pertek: Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Od niedawna blogerka.