fbpx

Dharamsala w Indiach- najlepsze wycieczki w tej okolicy

Dharamsala to miasto w regionie Himachal Pradesh. Ja przyjechałam tutaj w porze monsunowej w lipcu 2019 roku, by przejść oczyszczająca terapię ajurwedyjską – panchakarmę, o czym możesz przeczytać tutaj. Jeśli kiedyś tu trafisz, to może przyda się mój mini przewodnik o tym, co ciekawego można zobaczyć w tym miejscu?

  1. McLeod Ganj

McLeod Ganj to przedmieścia Dharamsali, które są jednocześnie skupiskiem olbrzymiej ilości uchodźców z Tybetu. Jest tu kilka atrakcji wartych obejrzenia. Z uwagi  na populację Tybetańczyków, mówią też na to miejsce mała Lhasa (Lhasa to stolica Tybetu, dzisiaj nie istniejącego już państwa)  Tutaj w  kompleksie Tsuglagkhang mieszka Jego świętobliwość XIV Dalajlama. Pełny tytuł to Najczcigodniejszy, Doskonałej Chwały, Elokwentny, Inteligentny Dzierżawca Nauk, Ocean Mądrości. Gdy tutaj byłam,  obchodził swoje 84 urodziny! Od 1959 roku urzęduje w Indiach z powodu ucieczki z Tybetu zajętego przez Chińczyków.  Autor wielu mądrości życiowych, choć ja akurat odnotowałam też jedną wpadkę, gdy o możliwości bycia kolejnym dalajlamą przez kobietę, powiedział, że lepiej by była atrakcyjna. Ale czymże jest jedna niezbyt szczęśliwa wypowiedź wśród tylu wartościowych nauk?

Wejście do klasztoru poprzedza Muzeum Tybetańskie. W zasadzie wszystko co można w nim znaleźć to fotografie z opisami i zakrwawione ubranie. Tym bardziej chyba jest wstrząsające. Od roku 1959 kilkaset tysięcy Tybetańczyków uciekło przed niewolą i cierpieniem. Wielu podczas swojej ucieczki zmarło. Cała jedna ściana poświęcona jest fotografiom osób ( w większości bardzo młodych), które dokonały samospalenia w proteście przeciwko braku wolności Tybetu, niszczeniu jego kultury i dyskryminacji ludności tybetańskiej w Tybecie. Ludzie ludziom zgotowali ten los… Wejście do muzeum jest darmowe, płatne jest obejrzenie filmu o Tybecie w muzealnej salce kinowej.

A klasztor Dalajlamy jest … skromny. Sala,  w której jest ołtarz przed którym zawsze siedzi Dalajlama podczas medytacji, czy nauk jest mała w porównaniu do głównych świątyń innych przywódców religijnych. Tutaj nie można robić zdjęć. W świątyni jest też biblioteka wypełniona książkami, są też piękne młynki do kręcenia, zgodnie ze wskazówkami zegara. Młynki wypełnione są tysiącami mantr, zaś ich obrócenie jest równoznaczne w wypowiedzeniem tych wszystkich słów. No i oczywiście są mnisi. Ja akurat spotkałam i zamieniłam słów parę z mnichami, którzy przyjechali na nauki z Laosu. Strasznie chcieli rozmawiać po angielsku, jednemu szło lepiej, drugiemu gorzej…

A parę metrów za świątynią, zaczyna się już normalny świat. Ludzie z najniższej kasty, często niepełnosprawni, siedzą na ulicy i proszą o pieniądze. Ale nie natarczywie. Na ulicach leży też pełno psów, które jak widzę miałabym ochotę wziąć szczotkę i wytarmosić za kudły, bo zwisają z nich kilogramami. Ale to ich akurat najmniejszy problem…

Na oficjalnej stronie Dalajlamy https://www.dalailama.com/schedule, można zobaczyć program najbliższych spotkań w okolicy. Ja miałam to szczęście, że podczas mojego pobytu odbywała się z udziałem Dalajlamy, ceremonia długowieczności, podczas której mogłam osobiście zobaczyć Dalajlamę z bliska.

Na dziedzińcu rozstawione były dwa duże ekrany, na których widać było Dalajlamę XIV. Siedział na podwyższeniu a wokół brzmiała powtarzana przez mnichów mantra. Wypowiadana melodyjnie, głośnym gardłowym głosem, roznosiła się w powietrzu na otwartej przestrzeni. Co jakiś czas rozlegał się donośny dźwięk gongów lub mis tybetańskich. Dalajlama bardzo dużo żartował i się śmiał. Dzieci na dziedzińcu wokół biegały a ludzie siedzieli na ziemi i słuchali w dużym skupieniu, przesuwając palce na koralikach do mantr.

W pomieszczeniu z Dalajlamą ludzie spożywali posiłek. Nie wszyscy, ale pewna wyznaczona grupa jadła jakieś – sądząc po minach widocznych na ekranie – smakołyki. Potem zaczęło się składanie darów dla Dalajlamy, który w międzyczasie nałożył na głowę szpiczastą pomarańczową czapę. Najpierw przyszła delegacja mnichów w absolutnie przepięknych, odświętnych strojach z imponującymi nakryciami głowy ze sterczącym czarnym stożkiem i uniesionymi w górę klapkami przyozdobionymi rysunkami, potem ustawiła się bardzo długa kolejka odświętnie ubranych ludzi a każdy z nich trzymał w rękach podarki.  Ja na koniec udałam się za grupą jakichś ludzi i podążając za nimi przeszłam wzdłuż otwartych okien, za którymi kilka metrów dalej siedział Dalajlama. W ten sposób zupełnie niespodziewanie, miałam okazję osobiście zobaczyć Dalajlamę XIV.

Kolejna atrakcja w McLeodGanj, znajduje się na tyłach świątyni Dalajlamy. Przed bramą wejściową, trzeba pójść drogą po lewej stronie, która prowadzi w dół i na drugim zakręcie skręcić w ścieżkę leśną w prawo? W pewnym momencie ścieżka się zwęża i pojawiają pierwsze tybetańskie młynki modlitewne ciągną się kilometrami… Las jest przepiękny, bez śmieci, nad drzewami latają kruki a obracane młynki wydają miarowy stukot niczym mruczenie. Na drzewach powiewają tysiące tybetańskich flag. Te małe tybetańskie flagi nazywa ja lung ta, co po przetłumaczeniu oznacza koń wiatru. Jak się im przypatrzeć, to pośrodku widać wizerunek konia. Koń wiatru symbolizuje wielką moc, pokonanie zła i zmierzanie drogą ku wyzwoleniu. Ma uwolnić od lęku i pokonać  wszelkie przeszkody. Kolory flag nie są przypadkowe, jest ich pięć i każdy kolor symbolizuje pięć żywiołów. Jeśli ktoś doświadcza w życiu powodzenia i szczęścia, Tybetańczycy mówią, że ma dobre lung ta. Wierzą też, że jeśli komuś fortuna nie sprzyja, to najlepszym rozwiązaniem jest rozwieszanie dużej ilości flag modlitewnych. Są nawet wskazane dni, w których nie jest zalecane rozwieszanie flag i dni, w których jest to wskazane. Rozwieszanie flag w dobre dni powoduje, że ich efekt ma być milion razy lepszy. Na dalszej drodze znajduje się mała biała stupa naprzeciwko której zawieszone są fotografie Tybetańczyków, którzy dokonali samospalenia.

McLeodGanj ma również bardzo ciekawy market. Mieszają się tu wyroby indyjskie, tybetańskie nepalskie i wszechobecna chińszczyzna. W tym ostatnim przypadku będą to najczęściej różne świecidełka, plastikowe figurki, kotki machające ręką i temu podobne.

Ale są tutaj też rzeczy wartościowsze. Przede wszystkim są wyroby z prawdziwego kaszmiru czyli wełny pozyskiwana z kóz kaszmirskich, które mają bardzo cienkie i puszyste włosie. Wyroby z kaszmiru są leciutkie, miękkie i bardzo przyjemne w dotyku. Najwięcej jest szali i kocy. Ale są też prawdziwe pashminy, jeszcze delikatniejsze od szala kaszmirowego, gdyż do wyrobu pashminy przeznaczone są włosy kozy wyłącznie spod gardła i z podbrzusza. Czyli najbardziej cienkie i miękkie, do tego z jednej kozy można w ten sposób wyczesać 50-150 g wełny wiec żeby zrobić jedną pashminę potrzebna jest wełna z kilku kóz, minimum pięciu. I to nie wszystko. Jej zrobienie wprawnej tkaczce zajmie 180 godzin (!) bo tak delikatne jest to włosie. A przypomnę, ze roboczy miesiąc w naszym kraju to jakieś 168 godzin. Dlatego prawdziwa pashmina nie będzie tania. Nawet wziąwszy pod uwagę, że tego typu  praca w Indiach czy Nepalu, gdzie często są tkane pashminy,  jest niskopłatna, prawdziwa pashmina zacznie się od około 350 zł. Uwzględniwszy więc miesiąc pracy tkacza, z wełny cieńszej ponoć sześć razy niż ludzki włos, to widać od razu jak niewiele zarabiają tkacze, prawda? W zasadzie bez tej wiedzy, dla wielu szal za 350 zł to lekka przesada. Ale informacja, że to miesiąc pracy człowieka i najlepsze kozie włosie, powoduje, że od razu cena wydaje się atrakcyjna. Ze względu na cenę oraz ograniczoną ilość włosia na pashminę, nie wszystko co się sprzedaje pod hasłem pashmina, faktycznie nią będzie.

Moją uwagę przykuły tu również mandale – rysunki bazujące na planie koła. Wywodzą się z bardzo starej indyjskiej tradycji, mnisi rysują je podczas medytacji, choć dzisiaj można również kupić kolorowanki dla dzieci z mandalami. Karol Gustaw Jung który miał duży udział w sprowadzeniu mandali do Europy, twierdził że spontaniczne wykonanie takiej mandali potrafi wiele zdradzić na temat psychicznej formy twórcy. Mandale są lepsze i gorsze, wykonane przez rzemieślników lub artystów. Im „lepszy” artysta, tym wyższa cena.

Są też misy tybetańskie, robione ręcznie lub w odlewniach, do wykonania których wykorzystuje się tradycyjnie siedem metali: złoto, srebro, rtęć, miedź, żelazo, cynę i ołów, które odpowiednio reprezentują ciała niebieskie: Słońce, Księżyc, Merkury, Wenus, Mars, Jowisz i Saturn. Ale widziałam też misy z dwunastu stopów metali więc widocznie tradycja uległa modernizacji. Wprawione w drżenie za pomocą pałeczek, wydają dźwięki i wibracje, które mają mieć uzdrawiającą moc. Według sprzedawcy mają nawet zabijać komórki rakowe, choć przede wszystkim leczyć organizm z toksyn, depresji i oddziaływać na człowieka fizycznie, psychicznie, emocjonalnie i energetycznie.

Podobnie gongi tybetańskie – okrągłe i płaskie misy, które również polecane są do terapii relaksacyjnej, usuwającej skutki przewlekłego stresu. Dzięki drganiom i dźwiękom, ma się obniżyć ciśnienie krwi, bicie serca spowolnić swój rytm a oddech wyrównać. Te gongi też są wykonane z różnych stopów metali i im więcej stopów w gongu, tym wyższa jego cena. Również energia, naprawdę dla mnie odczuwalna, która pochodziła z takiego gongu, była zupełnie inna w przypadku gongów tańszych, aniżeli tych droższych. Niestety gong, którego energia trafiała do mnie najbardziej, kosztował już po zniżkach 1700  dolarów amerykańskich. Zakładając nawet że jeszcze z 200 można by było potargować (z wyjściowej ceny 2000 USD), to jak widzicie nie są to rzeczy tanie…

 

A tutaj znajdziesz 30 najlepszych cytatów Dalajlamy o życiu, miłości i cierpieniu.

 

 

 

  1. Jezioro Dal Lake i wioska Naddi

Słynne jezioro Dal znajduje się w Kaszmirze i znane jest z tego, że pływają po nim wiktoriańskie łodzie, zbudowane jeszcze za czasów panowania Brytyjczyków. To jezioro Dal jest jakieś 4 km za McLeod Ganj i nie jest tak imponujące widokowo, niemniej jednak droga do niego stanowi bardzo przyjemny spacer! Przy ulicy obok jeziora znajduje się świątynia poświęcona Lordowi Shiva, zaś kolejne 3 km za jeziorem Dal znajduje wioska o pięknej nazwie Naddi. Można powiedzieć nic tam nie ma, choć nie do końca jest to prawdą. Z wioski bowiem rozciągają się majestatyczne widoki na góry. Jest ona dokładnie po przeciwnej stronie, aniżeli Sunset View cafe (opisana w dalszej części), z której po raz pierwszy zobaczyłam jedne z najpiękniejszych do tej pory  krajobrazów. Naddi może im nie dorównywała, ale przyjemnie było posiedzieć i nacieszyć się widokiem…

 

 

 

  1. John in the Wilderness Church

Czyli po polsku w moim wolnym tłumaczeniu, Kościół Św. Jana w Dziczy. Znajduje się jakiś kilometr za Mcleod Ganj. Do Kościoła trzeba dojść drogą, którą jeżdżą samochody, a że czasami przy omijaniu jest ciasno, trzeba uważać. Kościół został wybudowany w 1852 roku i znajduje się pośrodku lasu z cedrami himalajskimi. Wejście do niego jest bezpośrednio z ulicy. Świątynię otacza bardzo zadbany ogród, cedry himalajskie dodają aury tajemniczości a nagrobki przykościelne doprawiają całość przyjemnym dreszczykiem grozy. Znajduje się tu nagrobek Lorda Engina, jednego z gubernatorów Indii podczas okresu panowania Brytyjczyków, który zmarł w Dharamasali. Kawałek za kościółkiem jest też stary cmentarz. Według ogłoszenia nabożeństwa maja się odbywać w niedzielę raz dziennie.

 

 

  1. Wodospady Bhagsu i świątynia Bhagsunath

3 kilometry za McLeodGanj znajduje się mała wioska Bhagsunag, z której droga do wodospadu zajmuje jakieś 45 km w górę i 30 minut w dół. Wodospad nie jest duży, ale widoki podczas wędrówki są bardzo piękne. Po drodze mija się również świątynię Bhagsunath poświęconą Lordowi Shiva i lokalnemu bóstwu Bhagsu Nag. Przy świątyni są dwa baseny (jeden mniejszy, drugi większy), których wody maja mieć moc uzdrawiającą. Nie sprawdziłam, ale za to nogi pomoczyłam przy wodospadzie?

 

 

  1. Dharamkot

Z wszystkich odwiedzonych przez mnie wiosek i przedmieść Dharamsali, to właśnie Dharamkot w najwyższym stopniu zdobyło moje serce. Emanuje pozytywną energią, naprawdę odczuwalną! Ma klimat hippisowsko-hipsterski. Ponadprzeciętna ilość backpackersów i ekspatów w tym miejscu jest widoczna gołym okiem, podobnie jak ilość guest housów czyli pokoi gościnnych utworzonych w domach.  W dredach, warkoczykach, luźnych spodniach, w oparach dymu, spędzają czas na rozmowie albo książce. Praktykują jogę, grają na różnych instrumentach i zdobywają nowe umiejętności na bardzo licznych kursach i to takich, o których przeciętny człowiek nawet nie pomyśli. To królestwo  joginów, medytacji buddyjskich (ośrodek Tushita), refleksologii, numerologii, hipnoterapii, studiowania tantry i sutry, łączenia się ze swoją podświadomością, zarządzania własną energią „to become master of your life” i jeszcze wiele innych, przy których dostępne warsztaty gotowania i lepienia w glinie wyglądają już mało atrakcyjnie… Spacer po Dharamkot na pewno nie będzie stratą czasu!

 

 

 

  1. Gallu Temple, wodospad bez nazwy zwany też wodospadem Gallu i Sunset View Cafe z widokiem na góry

To jest jedna z piękniejszych wycieczek po okolicy. Dojść do świątyni Gallu można kilkoma drogami. Ja zdołałam odkryć dwie – przez Dharamkot lub przez Upper Bhagsu. Potem te drogi łączą się w jedną. Na pewno jest jeszcze jedna droga, ale gdzie się zaczyna, będę musiała odkryć już innym razem? Świątynia Gallu nie jest zbyt imponująca, ale widoki z tego miejsca już tak. Z Dharamkot do świątyni będzie ok 1-1,5h marszu. 20 minut drogi dalej znajduje się punkt widokowy z uroczą kafejką Sunset View cafe – widoki zapierają dech w piersiach. Stamtąd jest jeszcze godzina do wodospadu „no name”, na którego mówią też Wododspad Gallu. Choć idąc z kafejki, byłam w jakiejś jednej trzeciej drogi do niego, to niestety ze względu na porę monsunową, nie było mi dane do niego dojść, choć widoki były warte wspinaczki do miejsca do którego dotarłam.

 

 

  1. Instytut Norbulingka w Dharamsala

Mało indyjski, bo tybetański. Z centrum Dharamsali jest do niego jakieś pół godziny motocyklem. Po przekroczeniu progu, wchodzi się w zupełnie odmienny od ulicy świat. Nie ma zgiełku i hałasu, woda płynąca sztucznymi strumyczkami oraz imponująca ilość roślinności wygłuszają dźwięki ulicy. Tutaj mnisi dbają o to, by kultura i sztuka Tybetu przetrwały na wygnaniu. Mają bardzo liczne warsztaty nauki różnych tradycji tybetańskich, jak malowanie, szycie, stosowanie różnych aplikacji, rzeźbienie w drewnie i wiele wiele innych. Jest tez muzeum lalek, które maja na sobie różnorodne  stroje tybetańskie.

https://www.norbulingka.org/

 

 

  1. War Memorial

 

W pięknym lesie piniowym, przy wjeździe do Dharamsali od strony Kangry znajduje się pomnik ofiar wojennych (War Memorial). Pomnik poświęcony jest wszystkim odważnym, którzy poświecili swoje życie w walce za ojczyznę. Wymienione są dwie wojny indyjsko-pakistańskie, indyjsko-chińska a także wojna w latach 1947-1948 i liczne misje wojskowe. Jest to dość przyjemny teren, z placem zabaw dla dzieci i ławeczkami do posiedzenia?

 

 

 

  1. Bullet

Pierwsze dwa tygodnie pobytu w Indiach, wszędzie chodziłam pieszo. W ostatnim tygodniu wypożyczyłam legendę indyjskiej motoryzacji (dla mnie legenda i do tego indyjskiej motoryzacji?) czyli motocykl Royal Enfield.  Mówia na niego bullet czyli pocisk. Wypożyczalnia była przy głównej drodze do świątyni Dlajlamy w McLeod Ganj. Za tydzień zapłaciłam 5600 INR (czyli ok. 311 zł) i zostawiłam jeszcze kaucję 1000 INR.

I to był świetny deal. Przeżyłam na bullecie naprawdę wiele cudownych chwil!

A o  radach dla samotnie podróżujących kobiet w Indiach, możesz przeczytać tutaj

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Maria Pertek: Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Od niedawna blogerka.