fbpx

A o  naszej wizycie u Świętego Mikołaja przeczytasz tu.

Na wieść o tym, że zimą polecimy do Laponii z dziećmi, byli tacy, którzy kategorycznie twierdzili, że Laponia zimą absolutnie nie jest dla dzieci. Tyle, że w tej Laponii nigdy nie byli. A ja pokochałam Laponię już wcześniej i bardzo chciałam by dzieci ją również poznały. Te zaś ze spokojem przyjęły wiadomość o zimnym kraju i czekały na zimę😊 Odwiedziliśmy szwedzką część Laponii (Laponia to też Finlandia, Norwegia i Rosja), nieco poza turystycznym szlakiem, który w Szwecji najczęściej prowadzi do Kiruny. Nasza przygoda rozpoczęła się na lotnisku w Luleå. To miasto położone na północy Szwecji, nad Zatoka Botnicką.  Nasza trasa wyglądała zaś tak: 

W Luleå pospacerowaliśmy po Gammelstad. To  wpisane na listę światowego Dziedzictwa UNESCO miasteczko kościelne. Wokół pamiętającego średniowiecze kościoła, znajduje się ponad 400 małych domków, do których setki lat temu ściągali ludzie by przybyć na nauki religijne. Do dziś w domkach znajdują się łóżka, by ugościć uczestników odbywających się co jakiś czas uroczystości religijnych. Pozostała też magia wąskich uliczek, otoczonych małymi domkami w kolorze szwedzkiej czerwieni, przemierzanych w świetle latarni. Było bardzo biało, śnieg skrzypiał i mienił  się w świetle latarni kryształkami lodu!

 

 

Jokkmokk

Jeszcze tego samego wieczoru dotarliśmy do Jokkmokk . To przepiękne, spokojne miasteczko, w którym kafejki i sklepy zamykają o 16 i pozostają może trzy restauracje czynne do 20. Tak samo w piątek, czy sobotę. Ulice w te zimowe wieczory są puste, od czasu do czasu przejedzie ktoś na sankach lub przemknie samochód. Cisza, skrzypiący śnieg, piękne wystawy sklepowe i ludzie pochowani w domach (można zajrzeć przez okno i zobaczyć, jak siedzą przy stole lub w fotelu). W lokalnym banku w każdym oknie palą się świeczniki z Ikei i wiszą zasłonki w łosie. Na ulicach palą się porozstawiane wzdłuż drogi świece. Klimat jak z Przystanku Alaska, tylko ciężko znaleźć żywą duszę😊 Jokkmokk ma też przepięknie oświetlony nocą Kościół  i wspaniałe Muzeum Ájtte, które jak wszystkie muzea w Szwecji ma niesamowite atrakcje dla dzieci. Na nas największe wrażenie zrobiły oczywiście tradycyjne stroje Saamów i piękna srebrna biżuteria. Co roku w Jokkmokk odbywa się już od ponad czterystu lat niesamowity targ rzemiosła Saamów, na który nadal co roku przyjeżdżają  Saamowie by sprzedać własnoręczne wyroby, urządzić wyścigi zaprzęgom reniferów i pokazać się w tradycyjnych ubraniach. Odbywa się zawsze w lutym, w tych dniach trzytysięczny Jokkmokk przyjmuje 30 000-40 000 tysięcy turystów, którzy chcą na własne oczy zobaczyć to niesamowite zjawisko. Są piękne tradycyjne stroje i ozdoby, joik i lokalne jedzenie. My w drugim tygodniu lutego wrócimy do Jokkmokk by to wszystko uwiecznić😊

 

 

Współcześni Saamowie

Z Anną umówiliśmy się na kole podbiegunowym. Jakieś 14 km za Jokkmokk znajduje się pamiątkowa tablica uwieczniająca, że to właśnie w tym miejscu przebiega TEN równoleżnik. Jest to umowne, gdyż co roku granica ta się przesuwa na północ. Anna jest Laponką, choć w języku skandynawskim ten wyraz (Lapp) ma bardzo pejoratywne znaczenie i Anna nigdy tak o sobie nie powie. Należy do Sámi (Saamów) i mieszka w Sápmi (Laponii). Wróciła na swoje ziemie kilkanaście lat temu by walczyć o to, co lata kolonializmu odebrały Saamom – własną tożsamość. Pokolenie swojej babci, Anna nazywa straconym i obwinia o to kościół szwedzki. Anny babcia w wieku 6 lat została zabrana rodzicom, umieszczona w szkole dla nomadów, mogła się widywać z rodzicami tylko w budynku szkolnym dwa razy do roku. Dzieciom kazano się rozbierać, mierzono czaszki, fotografowano nagie ciała. Zabroniono mówienia po lapońsku i joikowania. Ponieważ język lapoński do jeszcze stosunkowo niedawna nie był językiem pisanym, historie życia, emocje przekazywano sobie poprzez piękny śpiew joik. Anna dziś kontynuuje te tradycje, które jej babci zabrano siłą. To bardzo trudna karta historii Szwecji, zaś gojenie ran trwa i szybko się nie skończy.

Anna i Erik maja stado reniferów. Lada dzień Erik sprowadzi je z gór (wędrówka trwa nawet 3 tygodnie) i w okresie zimowym będą wypasać się przy domu by później znowu wrócić na pastwiska górskie. W zagrodzie były więc trzy renifery, dwa młode i matka. Karmiliśmy je chrobotkiem, który smakuje im najlepiej a wierzcie mi, że są dość wybredne. Anna zbiera porosty jesienią, by było czym dokarmiać reny zimą. Spędziliśmy u Anny pół dnia. Na dworze temperatura dochodziła do minus 18 stopni, a my rozpaliliśmy ognisko w lavvu (tradycyjnym namiocie Saamów) i pałaszowaliśmy zapasy zimowe Anny. Własnoręcznie wypiekany chleb, zupę z renifera z dodatkiem ziemniaków i marchewki, lemoniadę z jagód, i świeżo parzoną kawę, przetrzymywaną w skórzanym worku po babci Anny. Anna opowiadała godzinami historie z życia Saamów i joikowała. Słychać było trzask drewna w ognisku i przejmujący joik Anny, który roznosił się w absolutnej ciszy otoczenia. Ta magia mogłaby dla mnie nigdy się nie skończyć. Anna wydała piękną książkę o psach pasterskich. I choć jest tylko po szwedzku, fińsku, norwesku oraz w trzech odmianach języka Saamów, to nabyłam ją ze względu na przepiękne zdjęcia dokumentujące nomadcze życie Saamów.

 

 

Nocleg w lesie – Sápmi Nature czyli lapońska natura

Takich spektakli kolorów na niebie, jakie rozgrywają się na przełomie grudnia i stycznia w Laponii, próżno szukać gdzie indziej. Słońce wschodzi około godziny 11 a zachodzi około 13.30. Jeśli do tego dodać niebo pełne chmur, zza których usiłuje przebić się słońce rzucając na ziemię milion odcieni różu, niebieskiego, żółtego i czerwonego, to mamy gotowy przepis na udane przedstawienie. Już sama nie wiem, czy te spektakularne kolory nieba za dnia nie są piękniejsze niż zorza nocą? Wczoraj ją też ujrzeliśmy, ale bardzo słabą, unosiła się nad naszym namiotem, rozświetlając delikatnym blaskiem gwiazdy na niebie. Nie było to nic spektakularnego, ale nas i tak zachwyciło.

Za to nasz nocleg jest wyjątkowy. Kochamy takie miejsca! Zbudowane z miłości do ziemi i natury. Lennart Pittja jest Saamem i dwa lata temu postanowił, że zbuduje miejsce z 5 namiotami lavvu, w których można spędzić noc. Każdy kto zna tutejsze zimy wie, że to szaleństwo. Bez elektryczności, bieżącej wody, pośrodku lasu nad rzeką Lule älv przygotował dla nas rybę, którą złowił w rzece we wrześniu, zaś woda do picia zaczerpnięta była prosto z rzeki. Smakowała wybornie! Lennart robi też przepiękne zdjęcia, które są ozdobą chatki pośrodku lasu. A nasze lavvu czekało na nas ogrzane kozą, do tego ciepły śpiwór i pierzasta kołdra zrobiły swoją robotę. Nie zmarzliśmy. Na szczęście na dworze tej nocy było tylko minus 8 stopni😊

Naszą atrakcją na dzisiaj było chodzenie po zamarzniętej rzece. Dzieciaki myślały, że będą się ślizgać po lodzie, a tu niespodzianka. Śnieg przykrył lód i pokrzyżował plany, ale i tak było zajęcie! Nie mniejszą atrakcja były też …sople lodu. Dzieciaki jak się do nich dorwały, to oskubały całą saunę Lennarta. Mam jednak nadzieję, że nie z tego nas zapamięta😊

Sauna po arktycznemu

Wszyscy wiedzą co to sauna fińska więc napiszę, co to jest sauna arktyczna😊 Postawiona pośrodku lasu. Trzeba się w niej rozgrzać a następnie wyjść na dwór, popatrzeć na gwiazdy i wytarzać w śniegu. Choćby człowiek nie chciał, to krzyczy wniebogłosy, sapie i warczy😊 Za to godzinę później jest jak nowonarodzony. Jacyś chętni??

 

 

Znowu ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem do pięknej Årrenjarki

Ta osada u bram Parku Narodowego Sarek liczy kilkanaście domów i przepiękny ośrodek o tej samej nazwie prowadzony przez Gun i Larsa,  piąte już pokolenie rodziny Mannbergów. Do najbliższego sklepu mamy półtorej godziny jazdy samochodem a miejsce w którym się znaleźliśmy leży na szlaku wędrówek Saamów i reniferów. Tutaj też zaglądali szwedzcy królowie i znany przyrodnik Linneusz. Odpoczywamy i polujemy na zorzę. Wybraliśmy się też z Larsem skuterami śnieżnymi wyżej w góry. Wokół Årrenjarki jest bardzo dużo szlaków dla skuterów śnieżnych i Lars je od czasu do czasu odśnieża. Ma wielką kratę zrobiona z prętów zbrojeniowych, którą ciągnie za skuterem, by droga była bardziej przejezdna.

Pojechaliśmy za nim. Sprzyjała nam temperatura (minus 8), za to przeszkadzała śnieżna zadymka. Wokół nas lasy i góry choć tych ostatnich z powodu zadymki widać nie było. Tutaj słońce pojawi się dopiero 9 stycznia, do tego czasu jest jakieś 2,5 godziny jasności, ale bez słońca. Ostatnio, gdy byłam w tym miejscu, śnieg przykrywał choinki. Teraz śniegu było dużo mniej.

Drogi były dość wyboiste, wąskie, prowadziły przez lasy. Było przepięknie, choć z uwagi na dzieci jechaliśmy bardzo wolno. Skutery śnieżne są tutaj bardzo popularne. Przy drogach widać co chwilę jakieś auto z przyczepką, które wygląda na porzucone, a to po prostu właściciel wyjechał skuterem do lasu… Nam na naszej drodze towarzyszyły renifery oraz świeże ślady łosia, choć tego ostatniego nie udało nam się spotkać. Za to reniferów kilka. Nie są one dzikie, w tym sensie, że w szwedzkiej Laponii zawsze do kogoś należą. Kilka tygodni po urodzeniu mają żłobiony nożem znak na uchu na potwierdzenie tej przynależności. Na naszej drodze napotkaliśmy też piękne drzewo, a nawet dwa. Stary i martwy kikut pnia został opleciony przez młodą sosnę , która wiła się wokół wyschniętego pnia, w górę ku niebu. Niesamowite! I jak na Szwecję przystało, w przerwie między jazdą posilaliśmy się bułeczką cynamonową, która popijaliśmy kawą z termosu. Tu w Szwecji kawka jest też dla dzieci (pijają z mlekiem), choć moim póki co nie smakuje😊

 

 

Sanki kopanki

A tymczasem w Arrenjarce przez noc napadało tak, że nie mogliśmy się przebić do Henrika. Śniegu po kolana, próbowaliśmy dojechać na sankach kopankach (kisksledge, nie wiem jak to przetłumaczyć na polski). Mają drewniane krzesełko i bardzo cieniutki płozy. Wozi się nimi dzieci i zakupy, stojąc jedną nogą na jednej płozie a drugą odpychając się od ziemi. Niestety głęboki i świeży śnieg nie ułatwiał zadania😊

Henrik ma 12 psów Alaskan husky i przygotował dla nas wielkie drewniane sanie, byśmy mogli spędzić pół dnia w psim zaprzęgu. Przewodziły mu dwa cudowne psiaki Sito i Monsen. Sami zaprzęgliśmy „nasze” psy i wyruszyliśmy w drogę. Zabraliśmy ze sobą drewno na ognisko i skóry renifera, by było na czym odpocząć. Włosie renifera jest wypełnione powietrzem, dlatego właśnie jest świetnym izolatorem i chroni tutejsze tyłki przed zimnem. Życie Saamów jest tak bardzo związane z reniferami i w umiłowaniu do nich, że praktycznie żadna część  ciała tych zwierząt się nie marnuje, i choć może być to szokujące potrawy robi się nawet z mózgu.

A my w przerwie na kawę wypróbowaliśmy tym razem bułeczki szafranowe (lussekatter), które w Szwecji tradycyjnie wypieka się w Dzień Św. Łucji. 13 grudnia, w najkrótszy dzień roku obchodzone jest tutaj święto światła, którego patronką jest Św. Łucja. Córka, która jest najstarsza w rodzinie przygotowuje śniadanie, podczas którego serwuje się właśnie te pyszne, szafranowe, żółto-złociste ozdobione rodzynkami, słodkie bułeczki. W tym dniu wyruszają też ulicami pochody ze świecami i warto choć raz przyjechać do Szwecji w tym dniu, by móc to zobaczyć.😊

A my, ponieważ zapomnieliśmy herbaty, zalewaliśmy gorącą wodą gałązki sosny, aromat był cudny! I tak oto siedzieliśmy w lesie, oddychając mroźnym i świeżym powietrzem, pośrodku kilku jezior, zmarzniętych o tej porze roku. Ludzi nie było, Szwedzi zjadą tu dopiero w marcu, kwietniu kiedy nadal będzie pełno śniegu, ale dni dłuższe i ze słońcem na horyzoncie. W Laponii jest aż osiem pór roku, ta która jest teraz jest chyba najtrudniejsza, gdyż bez słońca, to zima. Po niej jest wiosna-zima, potem, wiosna, wiosna-lato, lato, lato-jesień, jesień i jesień -zima. A my jak dzieci rozkoszowaliśmy się śniegiem, bo pewnie jak wrócimy, to nadal go u nas nie będzie. Szkoda, że nie da się go zabrać ze sobą😊

 

 

Rovaniemi w Finlandii – czas na wizytę u Świętego Mikołaja

Opuściliśmy wczoraj piękną Arrenjarkę i pojechaliśmy do Rovaniemi w Finlandii, całe 490 km dalej. Dzień nam upłynął na jeździe w otoczeniu przyrody jak nie z tej ziemi. Gdyby nie czas, zatrzymywałabym się co chwilę na zdjęcia, a tak musiałam je robić w biegu… Oszronione drzewa, biel przykrywająca jeziora, zaśnieżone szczyty gór. W oknach wszystkich domów piękne oświetlenie, a to lampki wiszące z futryny, a to świece, a to gwiazdy lub inne lampiony. Wszystko ozdobione czapami śniegu, rozświetlone świątecznymi lampkami, po prostu jak z obrazka idealnej zimy, takiej za jaką tęsknimy i takiej jaką znamy z filmów z najlepszą zimową scenografią. Towarzyszyły nam renifery spotykane co jakiś czas oraz trzy sarny, które szybko przemknęły obok. Następnego dnia czekała na nas wizyta u Świętego Mikołaja. Bardzo się bałam, czy turystyczny zgiełk Wioski Świętego Mikołaja, nie odbierze nic a nic magii tego miejsca? I czy nasze wyobrażenie o spotkaniu ze Świętym Mikołajem – takie wyidealizowane – nie okaże się być lepsze od rzeczywistości? Z drżeniem serca rozpoczęliśmy naszą wizytę w Rovaniemi, o której możecie przeczytać tu.

 

 

Powrót do Szwecji

Po czterodniowym pobycie w Rovaniemi wróciliśmy do Szwecji na ostatnią noc przed odlotem do kraju. Ten koniec postanowiliśmy uczcić w Harads w domku na drzewie, już dawno temu wybraliśmy ptasie gniazdo, choć dała bym sobie głowę uciąć, że miało to być UFO😊 No nic, innym razem. Kocham pomysły na takie miejscówki! Powstają z wielkiej miłości do jakiegoś miejsca, umiłowania natury i wielkiej determinacji właścicieli, najczęściej okupionej ciężką pracą, marzeniami i wielkim szczęściem. Choć tak naprawdę to szczęście to po prostu otwarcie się na różne możliwości we właściwym czasie i miejscu.

A było to tak, Britta i Kent znali się jeszcze z dzieciństwa. On miał małą firmę, która organizowała wyjazdy na lepsze (czyli większe) ryby, ona pielęgniarka z zawodu, pracowała przy różnych  projektach rozwojowych. Jeden z takich projektów zaprowadził ją do starego domu dla emerytów, który Britta postanowiła odnowić i otworzyć tam pensjonat. Kilka małych pokoików nie przynosiło jednak większego dochodu, a obydwoje marzyli o tym by pracować i żyć tam, skąd pochodzą. W międzyczasie w pensjonacie zatrzymał się pewien reżyser, który w okolicy realizował film dokumentalny o domku na drzewie zbudowanym na potrzeby tego filmu. Kiedy zakończył się projekt, Brittcie szkoda była domku i pomyślała, że można by przyjmować w nim gości. Domek był jednak mało wygodny i nie do końca spełniał się w swojej roli, gdyż choć cieszył się bardzo dużą popularnością, jego obsługa wymagała dużo zachodu. Britta i Kent zamarzyli wtedy o bardziej wygodnych domkach na drzewie, położonych bliżej pensjonatu i wpisujących się w klimat otoczenia. Dla Britty, która pracowała wówczas przy projekcie, w którym dużą rolę odgrywał dobry design, ważny był ich estetyczny aspekt. I wtedy Kent wyjechał na ryby do Rosji z trójką jak się okazało czołowych architektów szwedzkich, którym gdzieś przy ognisku opowiedział o swoim i Britty marzeniu. Architekci nie pozostali obojętni i zanim opuścili Rosję postanowili, że zaprojektują 3 domki na drzewie współpracując przy tych projektach wspólnie, choć na co dzień pracowali dla konkurencyjnych biur architektonicznych. I tak powstały pierwsze domki na drzewie, dziś jest ich już siedem.

Przepięknie zintegrowane z naturą, na absolutnie mistrzowskim poziomie wtapiają się w otoczenie. Ptasie gniazdo i  Ufo są szczytem dziecięcych marzeń o domku na drzewie. Lustrzany kubik jest praktycznie niewidoczny, gdyż ściany otoczone taflą lustra,  odbijają rosnące dookoła drzewa. Najnowszy zaś projekt Siódmy Pokój, to już wielki domek położony wysoko w koronie drzew.

Dla mnie historia Britty i Kenta jest nie tylko piękną historią o tym, że warto wierzyć we własne marzenia, ale też o tym jak bardzo to co robimy, wierzymy i wybieramy na co dzień ma wpływ na to, co czeka na nas za drzwiami jutra. A my tu sobie odpoczęliśmy po trudach podróży podglądając przez małe okienko życie leśne na zewnątrz.

 

 

Zakończenie

Niestety musi być zakończenie😊 Dzieciom Laponia spodobała się bardzo, na pierwszych miejscach wymieniły jazdę psim zaprzęgiem, skuterem śnieżnym, wizytę u Świętego Mikołaja, domek na drzewie… Nie było im zimno, gdyż były odpowiednio ubrane. Jak? Przeczytacie o tym w informacjach praktycznych odnośnie naszego wyjazdu. Opisałam miejsca, w których byliśmy, ceny niektórych atrakcji a także to, jak ubrać się na Laponię. Podczas naszego pobytu w najbardziej mroźne dni było minus 23 stopnie a najcieplejsze minus 8. Informacje praktyczne znajdziesz tutaj.

Maria Pertek: Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Od niedawna blogerka.