fbpx

Jak to się zaczęło

Nasza miłość do Skandynawii zaczęła się pięć lat temu. Nigdzie więcej na świecie nie odnaleźliśmy takiej prostoty życia w wielkim komforcie, w otoczeniu przyrody, która  potrafi porazić swoim pięknem i w umiłowaniu do natury. A Szwecja jest nam szczególnie bliska poprzez literaturę. Od przygód Pippi Langstrumpf, Dzieci z Bullerbyn, Emila ze Smalandii, po najlepsze na świecie kryminały… jest się w czym zaczytać. Nasz pomysł na te wakacje wydawał się być po prostu genialny. Niczym Huck Finn postanowiliśmy spłynąć rzeką Klarälven na tratwie, choć tak naprawdę nie zdawaliśmy sobie sprawy na co się piszemy i nawet mgliście nie przewidzieliśmy co nas czeka. Samodzielna budowa tratwy zajęła nam dobre 9 godzin, ale mamy nadzieje, ze nauka pozostanie już na całe życie, choć pewności nie mamy czy jeszcze kiedykolwiek będziemy chcieli z niej skorzystać? Gdy następnego dnia o poranku, opadły mgły nad rzeką Klarälven,  ruszyliśmy przed siebie by w wolnym tempie popatrzeć na życie toczące się wzdłuż brzegu rzeki. Od tego momentu 15 m2 stało się naszą codzienną przystanią, domem, mordęgą i wielką przygodą w jednym.

 

 

Rzeka Klarälven

Rzeka od lat wykorzystywana była do spływu drewna, ma 460 km długości i wpada do jeziora Wener, największego w Szwecji. Nasz odcinek spływu obejmował jakieś 45 km, zaś o samym spływie przeczytałam kiedyś w National Geographic w zestawieniu typu 50 wycieczek, jakie musisz odbyć zanim umrzesz. Tak więc planując tę wyprawę święcie wierzyłam, że odpoczniemy na tratwie, która z nurtem rzeki będzie sobie swobodnie spływać, a my mocząc nogi w wodzie i popijając świeżo parzoną kawę (to takie przecież szwedzkie!) poczytamy z dziećmi książki podziwiając piękną przyrodę wokół nas.  No cóż, mylić się, jest rzeczą naturalną i to nie tylko w podróży?

 

 

Obozowisko

Nasz pierwszy nocleg znaleźliśmy na wyspie mniej więcej pośrodku rzeki. Zacumowanie dwutomową tratwą wyzwoliło mnóstwo emocji, krzyków i zakończyło się naszym absolutnym sukcesem. Byliśmy wielkimi szczęściarzami. Na wyspie poza nami i kaczkami nie było absolutnie nikogo. Poranna kawa z widokiem na mgły i w absolutnej ciszy dodała nam zapału do ciężkiej pracy, jaką okazało się kierowanie tratwą. Mielizny i podwodne skały oznaczały co rusz to nowe kłopoty i kolejne odciski na rękach. Na szczęście duch w zespole nie umarł. Naszym canoe przyczepionym do tratwy, co chwila ruszaliśmy na zwiady szukać najlepszej drogi dla naszego spływu. Nasza tratwa zyskała też banderę. Po głosowaniu zdecydowaliśmy, ze zawiśnie na niej flaga Polski i Unii Europejskiej. Od tej pory nie byliśmy już anonimowi?.

 

 

Spływ

Kolejny dzień przyniósł nowe wrażenia. A to utknęliśmy na mieliźnie, a to nadzialiśmy się na kamienie. Wszystko to wymagało podważenia tratwy i wypychania jej w górę nurtu czyli pod prąd. Każde takie zdarzenie z jednej strony wysysało z nas energię, z drugiej dodawało olbrzymiej siły za każdym razem, gdy zwyciężaliśmy z naturą. Na szczęście bywały też momenty, że płynęliśmy bezczynnie, obserwując jedynie przyrodę wokół. Gdy zrywał się silny wiatr, który w zakolach rzeki spychał nas nieustannie w zatoczki, ewakuacja tratwy wymagała jej siłowego wyciągania za linę, gdyż nie byliśmy w stanie przepchnąć jej tylko wiosłami. Musieliśmy zdjąć z tratwy brezent, który niczym żagiel niósł nas niestety nie w tę stronę, co chcieliśmy. Gdy lunął z nieba deszcz, zmęczeni  postanowiliśmy przycumować już na noc, choć z naszych wyliczeń wynikało, że to zdecydowanie za wcześnie. Ale brzeg wydawał się idealny a tratwę zepchnęło prosto pod schodki prowadzące na wysokie nadbrzeże. Działka była urocza, ze skoszoną trawą i perfekcyjnym widokiem na rzekę. Dzieciaki zachwycały się naszym wspólnym odkryciem idealnej miejscówki. A tymczasem, gdy ledwo w ulewie rozbiliśmy namiot, to wyszło piękne słońce. Przyszedł też właściciel działki, by poznać intruzów. Na szczęście nasze obozowisko nie było dla niego problemem, choć bliskość do domu wynosiła zdecydowanie mniej niż przepisowe 150 m wynikające z „Allemansrätten”[i] czyli szwedzkiego prawa do korzystania z natury.

 

 

Zmęczenie i kłopoty

Czwartego dnia wyruszyliśmy z samego rana, bo chcieliśmy nadrobić czas stracony na wcześniejsze niż zwykle rozbicie obozu w ulewie. Niestety ledwo ruszyliśmy, na blisko dwie godziny utknęliśmy w zatoce, do której nieustannie spychał nas wiatr. Walczyliśmy do skutku i w końcu udało nam się popłynąć dalej. O 19 byliśmy już bardzo zmęczeni, ale wiedzieliśmy, że aby następnego dnia skończyć o założonym przez nas czasie, musimy płynąć jeszcze dwie godziny. Nurt przez silny wiatr, robił się coraz bardziej wartki, a my coraz bardziej opadaliśmy z sił. O 21 zaczęliśmy wypatrywać miejsca na nocleg. I wtedy nadeszła apokalipsa. Tratwa utknęła na mieliźnie, a wartki nurt coraz bardziej wkopywał ją w głąb piaszczystego dna. Zaczęło zmierzchać, a my byliśmy na środku rzeki, w takiej odległości od każdego brzegu, że nie było nawet szansy przywiązania jej do czegokolwiek. Nie poddawaliśmy się. Walczyliśmy z nurtem, ciężką tratwą i samym sobą. Jedyny plan B obejmował wezwanie helikoptera, porzucenie tratwy i tak naprawdę nawet nie wchodził w grę. Najmłodsze dzieci spały a my w trójkę z najstarszym i „pożyczonym” na wakacje od siostry 10-latkiem, przez trzy godziny na raz-dwa-trzy przesuwaliśmy tratwę o kolejne 3 cm. Staliśmy w deszczu, po kolana w wodzie i o północy odnieśliśmy sukces. Tratwa ruszyła! To było nie-do-uwierzenia. Pomimo nocy, zimna od kilkugodzinnego stania w wodzie, nie poddaliśmy się, choć co chwila ktoś chciał odpuścić, by po chwili zmobilizowany przez pozostałych zbierał siły do przepychania tratwy.

 

 

Krowy o poranku

Niestety przepchnięcie tratwy okazało się być początkiem kolejnych kłopotów. Wokół zaległa już totalna szwedzka ciemność rozświetlana jedynie światłem naszej latarki. Opuchnięte i pełne drzazg dłonie dawały się we znaki, gdy próbowaliśmy wiosłować do brzegu. Po lewej stronie było strome zbocze, usiane krzaczorami i gęstymi zaroślami bez widocznej szansy na wspinaczkę, po prawej mielizna taka, że wiedzieliśmy, że jeżeli na niej utkniemy, to nie będziemy mieli siły na kolejną walkę. Wybraliśmy lewe, wysokie nadbrzeże, niestety przez następne pól kilometra wartki nurt nie pozwolił pomimo kolejnych wysiłków, dobić do brzegu. W ciemnościach nocy, spływaliśmy szybko w dół rzeki, zmęczeni, zziębnięci i zdeterminowani, by w końcu gdzieś przybić, rozbić namiot i pójść spać. W końcu po blisko godzinie ujrzeliśmy przy lewym, stromym brzegu małą plażę. Nasza determinacji była tak wielka, że rzuciłam się do wody z liną i wpław, byle tylko zdążyć przywiązać ją do drzewa, zanim nurt rzeki zepchnie ją w dół. Adrenalina była tak wysoka, że nawet nie zauważyłam, jak drut kolczasty przy wybranym drzewie rozcina dłonie. Byliśmy uratowani! W nocy, w ulewie, rozbiliśmy namiot, ewakuowaliśmy z Jędrkiem dzieci i rzeczy i poszliśmy spać. Rano obudziło nas muczenie krów. Rozbiliśmy się na środku pastwiska, pośród krów, które dla dzieci okazały się być największą atrakcją spływu. Krowy lizały nasz namiot, a dzieciaki były wniebowzięte. Dopiero gdy zorientowaliśmy się, że jedna z krów jest jurnym bykiem, pośród placków wiadomo czego, uciekliśmy z powrotem na naszą tratwę.

 

 

To już jest koniec

Piątego dnia ukończyliśmy nasz spływ. Zbudowaliśmy porządną tratwę, wytrzymała szarpania, uderzenia, kołysania, mielizny, kamienie i skały. Ledwie dobiliśmy do brzegu, nad północno-wschodnią Szwecją przeszła wichura tak silna, że po drodze omijaliśmy przewrócone drzewa. Zdążyliśmy na czas, zaś ci których wichura zastała na wodzie, nie mieli szans dopłynąć, musieli zostawić tratwy przy brzegu i wzywać posiłki. Byliśmy zmęczeni i dumni z naszego zwycięstwa. To, co miało być w rytmie slowlife, okazało się być codzienną walką o przetrwanie na wodzie. Po czasie okazało się być też czymś więcej, wspomnieniem naszej wspólnej siły podczas wyjścia z naprawdę beznadziejnej sytuacji. Zanim mogliśmy jednak wsiąść do auta, konieczne było rozplątanie tratwy? Wypożyczyliśmy bele drewna i bele drewna ze sznurami pakowanymi osobno do skrzyń, trzeba było oddać. Zajęło to ponad dwie godziny i byliśmy wolni, choć jeszcze przez kilka dni towarzyszyło nam poczucie kołysania…

 

 

Szwedzkie klimaty

Na odpoczynek po tratwie wybraliśmy jezioro niedaleko miejscowości Värnamo. W pobliżu można się było rozkoszować urokami Parku Narodowego Stora Mosse (Wielkie Bagno). Akurat byliśmy w okresie, gdy Szwecję nawiedziła susza i pożary więc bagien za bardzo nie było, ale pięknie torfowiska tak! Odwiedziliśmy też w dalszej okolicy park łosi, który tym się różnił od innych, ze  można było własnym samochodem jeździć po parku, a nie tylko oglądać zwierzęta przez ogrodzenie. I jak tu nie lubić szwedzkich wakacji?

 

 

Informacje praktyczne dotyczące naszego wyjazdu znajdziecie tu. Ze Szwecji do Polski wróciliśmy przez Kopenhagę i Legoland w Billund.

Szwecja – informacje praktyczne

Do Szwecji można dostać się samolotem bezpośrednio lub pośrednio z wielu miast w Polsce. My wybraliśmy prom Polferries i trasę z Gdańska do Nynanshamn niedaleko Sztokholmu. Niestety Polferries na dzień przed wypłynięciem, odwołał ten rejs bez podania żadnych przyczyn. Z dnia na dzień zostaliśmy na lodzie z naszymi wakacjami zaplanowanym własnym samochodem. Ja z dziećmi poleciałam wtedy samolotem, a Tomek przez Niemcy i Danię samochodem do Sztokholmu blisko 1600 km?

Spływ tratwą na rzece Klaralven można zamówić tu:

https://www.vildmark.se/en/

My wybraliśmy 5-dniowy i był dla nas w sam raz?

O Parku Narodowym Stora Mosse można poczytać tu:

http://www.nationalparksofsweden.se/choose-park—list/store-mosse-national-park/

a o safari z łosiami, tu:

http://www.smalandet.se/html_eng/eng_start.html

Nasz domek z przemiłymi gospodarzami nad jeziorem Varnamo znaleźliśmy na Airbnb. Był mały, przytulny i fantastycznie się w tym miejscu czuliśmy:

https://www.airbnb.pl/rooms/22873104

To głęboko zakorzenione w kulturze skandynawskiej, prawo do nieograniczonego korzystania z darów natury. Na jego podstawie można zbierać w lasach grzyby, jagody , rozbijać namiot praktycznie wszędzie zachowując odległość 150 m od najbliższego domu.

 

Maria Pertek: Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Od niedawna blogerka.