fbpx

Spływ kajakiem po Baryczy i wizyta na farmie wielbłądów w Saniach

Po rowerowym wyzwaniu na single tracku Gozdno 1, o czym możecie przeczytać tutaj: https://whereismint.com/single-track-gozdno-1-i-gozdno-2-na-pogorzu-kaczawskim/ , nadszedł czas na wyzwanie pod znakiem kajaku. Mamy tę niezwykłą przyjemność mieszkać we Wrocławiu, rzut beretem od Doliny Baryczy. Zrobiliśmy już kilka wycieczek, które jak tylko opiszę, to wstawię na bloga, ale już teraz zapraszam Was na spływ piękną Baryczą!

My wybraliśmy odcinek Milicz – Sułów, choć w planie mieliśmy kontynuację aż do Rudy Sułowskiej. Dlaczego tego nie zrobiliśmy piszę poniżej? Początkowo chciałam realizować spływ od początku, czyli z Odolanowa do Potaszni, ale nie było wystarczająco wody. Wybrałam więc 10 km, oznaczone do pokonania w 3 godziny, rozpoczynając spływ w Miliczu a kończąc w Sułowie.

Spływ rozpoczęliśmy na Przystani w Miliczu (ul. Krotoszyńska 10), gdzie czekały na nas podstawione kajaki. Byłam sama z Iwem, ale płynął z nami jeszcze najlepszy przyjaciel Iwa ze swoją mamą!

Niestety początki były trudne, choć nie dla nas. Kolega Iwa wraz ze swoja mamą, nie mogli coś załapać kajakowego flow. Myliły się im strony, wiosłowali nie tym wiosłem i w efekcie zamiast płynąć do przodu, kręcili się w kółko albo płynęli tyłem. W końcu, gdy po dłuższym czasie doszłam do wniosku, że tym sposobem możemy nie dopłynąć do wieczora, paskiem od aparatu, połączyłam nasze kajaki. W ten sposób ciągnęliśmy za sobą drugi kajak z drugą wiosłująca mamą, który w końcu zaczął płynąć do przodu a nie na boki. Niestety byliśmy dużo wolniejsi niż inni, co zrozumiałam, gdy po 2 godzinach wiosłowania zobaczyliśmy piękny brzeg z napisem „koniki polskie” i z możliwością zacumowania kajaków.

Poszliśmy szukać koników, zamiast nich na leśnej ścieżce spotkałam … przyjaciółkę z dzieciństwa. Marlena z mężem poinformowali nas z uśmiechem na twarzach, że nadal jesteśmy w Miliczu! Nie była to najlepsza wiadomość wziąwszy pod uwagę, że od momentu wypłynięcia z Milicza minęły  dwie godziny i myślałam, że jakieś 2/3 trasy jest za nami!

Koników polskich nie znaleźliśmy i po tym niesamowitym i niespodziewanym spotkaniu towarzyskim wypłynęliśmy w dalszą trasę. Towarzyszyły nam ptaki, głośny rechot żab, cudowne grążele żółte – kwiaty na wodzie, które wszyscy wokół błędnie nazywali kaczeńcami (!) i niezwykły urok magicznej Baryczy. Gdzieniegdzie swoje stanowiska mieli wędkarze, a co kilka kilometrów spotykaliśmy jakieś osoby piknikujące na brzegu.

Iwo i jego przyjaciel choć raz wypowiedzieli słowo „nuda”, to jednak później mieli niezłą zabawę, wypatrując wroga na dziobie kajaka (wrogiem były kajaki o innym kolorze niż nasz), robiąc zawody z innymi kto będzie pierwszy, czy strzelając z armaty (czyli wiosła) do widzianych w oddali piknikowiczów (jaki wiek, takie zabawy; pamiętam że sama się tak bawiłam). Wiosłowali również, ale jakby tak mniej chętnie… I pewnie dlatego końcowa ocena naszej przygody zyskała 10 punktów na 10 możliwych. Ja, choć miałam ambicję płynięcia dalej, musiałam spasować, gdy o godzinie 15.30 czyli po 5 godzinach i 10 km, szczęśliwie dopłynęliśmy do Sułowa by oddać kajaki. Myślałam, że następnego dnia nie uda mi się podnieść rąk do góry, ale jednak nie poczułam bólu ani jednego mięśnia.

Nasz spływ uczciliśmy dobrym sumem w smażalni „U Bartka”, a gdy odebraliśmy jeszcze Ninę, która kilka godzin wcześniej wróciła znad morza, gdzie wczasowała się z Dziadkami. odwiedziliśmy po drodze farmę wielbłądów w Saniach (niedaleko Żmigrodu). Choć wielbłądy, które za dnia pasą się na łące, były już w zagrodzie, właściciele – niezwykle sympatyczni ludzie – pozwolili nam do nich zajrzeć, choć widać było, że są bardzo zajęci gospodarską robotą,. Mają już 38 sztuk wielbłądów, które hodują na mleko. Pierwsze sprowadzili z Niemiec, ale teraz mają już takie urodzone u siebie. Najmłodsze miało zaledwie tydzień. Dowiedzieliśmy się, że ciąża u wielbłądów trwa 13 miesięcy, a wielbłądy jedzą głównie siano. Na farmie kupiliśmy mleko, które do tanich nie należy (50 zł za 1 litr) oraz mydło z mlekiem wielbłądzim (18 zł). Mleko ma mieć 10 razy więcej żelaza i 3 razy więcej witaminy C niż mleko krowie i  silne  właściwości antybakteryjne.  Usprawnia tez system odpornościowy i ma niską zawartość laktozy. Dużo innych zalet tego mleka jest na stronie farmy wielbłądziej http://wielbladziafarma.pl/

Jak nam przekazano mleko z wielbłąda, można zamrażać bez utraty jego właściwości. Farma prowadzi też sklep internetowy z mlekiem, jeśli chcecie spróbować jak to smakuje. A nam smakowało w zasadzie tak samo jak krowie, ale mieliśmy wrażenie, że jest „lżejsze” 🙂

Informacje praktyczne

Wypożyczenie kajaków w Dolinie Baryczy

Wypożyczalni kajaków w Miliczu i okolicach, jest kilkanaście. My wypożyczyliśmy kajaki w firmie Emirej http://www.emirej.pl/

Kilka dni wcześniej przedzwoniłam i zamówiłam kajaki na wybrany dzień i godzinę. Koszt wypożyczenia kajaka to 50 zł. Dodatkowo zapłaciliśmy za przyjazd po nas do miejsca, do którego dopłynęliśmy czyli do Sułowa. Koszt dodatkowy to 2,5 zł za 1 km więc do zapłaty wyszło 50 zł za przewóz 4 osób. Łącznie więc w przypadku 2 kajaków było to 150 zł (kajak i przewóz), co podzieliliśmy na dwie rodziny i wyszło 75 zł.

Gdzie zjeść rybę w Dolinie Baryczy

Wypróbowałam już kilka miejsc. Poniżej moja subiektywna ocena, za która nikt mi nie płaci?

Najlepsza ryba, do tego świeżo złowiona jest w Smażalni ryb „u Bartka” w Średzinie http://ubartka.pl/. Maja rewelacyjna zupę rybną ( 11 zł) i bardzo duzy wybór ryb prosto z łowiskach, świeżych a nie mrożonych. Iwo zjadł suma smażonego (koszt 27 zł, frytki 5 zł, surówka 4,50 zł), ja wzięłam suma gotowanego w sosie ze świeżego czosnku (25 zł) i warzywa na parze, spora porcja 6 zł). Jeszcze nigdy nie zjadłam tam niedobrej ryby.

Inne miejsce, które mogę polecić z czystym sumieniem to restauracja „W Starym Młynie” w Niesułowicach http://www.stary-mlyn.com.pl/.  Mają bardzo dobrego karpia a także inne pozycje w menu.

Jadłam również w restauracji „Gospoda 8 ryb” w Rudzie Sułowskiej, http://www.gospoda8ryb.pl/index.php?idS=21&ln=pl, ale za każdym razem obsługa była dla mnie tragiczna a smak jedzenia po prostu poprawny.

Obiadowałam również w restauracji „restauracja Grabownica” w Grabownicy http://restauracja-grabownica.pl/, ale niestety za każdym razem mi nie smakowało, ale może  próbujcie swojego szczęścia!

Byłam jeszcze w smażalni ryb Ostoja w Miliczu. Nie maja tam świeżych ryb, tylko mrożone (poza karpiem) i chociaz ja nie jadłam tam nic, to koleżanka zamówiła sandacza i mówiła, że jej smakował:)

 

 

 

 

 

Maria Pertek: Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Od niedawna blogerka.