fbpx

Self-drive safari w Tanzanii – dziennik podróży

 

W lutym 2020 roku, wybrałam się z dziećmi: Niną (lat 5 wówczas) i Iwem (lat 8,5) na wycieczkę objazdowa po parkach narodowych Tanzanii: Serengeti, Ngorongoro i Lake Manyara.  Poniższy tekst to moje zapiski z podróży, pisane na bieżąco w trakcie podróży. na końcu tekstu, w miarę uzupełniania znajdziecie linki do praktycznych informacji.

 

 

Dzień pierwszy

 

Czekałam na ten moment bardzo długo. Za każdym razem, gdy lądujemy na afrykańskiej ziemi, zapach jest ten sam, choć docieramy w zupełnie różne miejsca. Tym razem wylądowaliśmy u stóp Kilimandżaro w Tanzanii. Tutaj jest lotnisko, jakieś 50 km od Arushy, która jest bazą wypadową do wszystkich wypraw na safari po parkach narodowych Serengeti, Ngorongoro, Tangarine, nad jezioro Manyara czy Eyasi. Przywitało nas ciepłe, wilgotne powietrze, księżyc, gwiazdy i muzyka miliona świerszczy. Mieliśmy też słońce, jakieś 30 stopni ciepła, kurz, nieograniczoną przyrodę, czyli wszystko co lubimy najbardziej!

Mój plan na tą podróż zakładał, że zobaczymy Jezioro Manyara, Krater Ngorongo, Park Narodowy Serengeti i odwiedzimy  region Ndutu, przez który przebiega szklak wielkiej migracji zwierząt i o tej porze roku atylopy gnu w regionie Ndutu powinny rodzić młode. Ponieważ była to pora deszczowa, gdy zaczynaliśmy naszą podróż mocno padało więc nie wiedzieliśmy jeszcze, czy we wszystkie regiony uda nam się dojechać…

Pierwszy dzień poświęciliśmy na krótki odpoczynek i wypożyczenie samochodu. Sam briefing w wypożyczalni, trwał aż 4 godziny, z potem wyruszyliśmy na zakupy. Musieliśmy się zaopatrzyć na najbliższe  dni, naszego safari w parkach narodowych Tanzanii,  bo inaczej przyszłoby nam polować ? (nie bierzcie czasem tego na serio!)

 

Dzień drugi – nasza droga nad Krater Ngorongoro

Po śniadaniu wyruszyliśmy do supermarketu na zakupy. Wybrałam położony na obrzeżach miasta, by nie kierować się z powrotem do centrum, gdyż byłaby to strata czasu. Tam każdy nas zaczepiał by coś od niego kupić. Taki biznes i ja to rozumiem, ale nie mieliśmy na to czasu. Supermarket znalazłam dokładnie na wylocie z Aruszy do Ngorongoro. Zakupy robiliśmy dobre półtorej godziny i pomagało nam pół załogi sklepu? Dzieciaki przyciągają dobre dusze i każdy w sklepie chciał z nami zamienić choćby kilka słów. Skąd, dokąd, jak nam się podoba, itd. Ponieważ jakoś nam się wolno spieszyło, chętnie się udzielaliśmy towarzysko. W końcu gdy spojrzałam na zegarek, była 11.30! Od tego momentu zegar tykał…

Do Ngorongoro miało być 4,5 godziny, ale przy jeździe z dziećmi to zawsze trwa dłużej. Niestety nie przestawiłam się na tutejsze limity prędkości i dość szybko zatrzymał mnie policjant, co skończyło się karą w wysokości 30 000 szylingów tanzańskich. Potem kilka kilometrów dalej wyprzedziłam na linii ciągłej bardzo bardzo wolny samochód, na którego pace jechało na stojąco z 10 osób. Po prostu był tak wolny, że nie wytrzymałam i kolejne 30 000 szylingów zmieniło właściciela. Śmiałam się, że 10 osób na stojąco przemknęło bez kary? Więcej błędów nie popełniłam, a na wszystkie dostałam pokwitowanie. Iwo i Nina zgodnie nazwali to pamiątką z wakacji.

Ponieważ byliśmy w porze deszczowej (choć nie w okresie intensywnych opadów), pierwsze co rzuciło nam się w oczy w tej podróży, to to że było bardzo zielono. Nie wiem jak bardzo gorąco,  bo nie miałam termometru, ale momentami myślę, że było i z 40 stopni. Po drodze mijaliśmy wsie lub miasteczka, wszędzie ludzie wzdłuż drogi sprzedawali owoce, warzywa i własne ręczne wyroby.

Gdy zbliżaliśmy się do parku Ngorongoro (jego centralną częścią jest krater), została nam godzina do zmierzchu i jakieś dobre pół godziny do campingu. Musieliśmy przyspieszyć. Na szczęście ostatecznie udało nam się dojechać za dnia i rozbić obozowisko niedaleko drzewa. Wokół mieliśmy lekko osłonięty drzewami widok na równinę będąca niecką krateru a wokół pełno drzew wśród zachodzącego słońca. Wybrałam piękne miejsce na nocleg! O zmierzchu zapakowałam dzieciaki do namiotu i patrzyliśmy na nadchodzącą noc. Chwilę później nasze auto otoczyły bawoły. Choć przez całą drogę z powodu obfitej roślinności, zastanawiałam się jak my tutaj spotkamy zwierzęta, bo drogę do krateru przebiegła nam tylko jedna hiena, a jedna leżała martwa na drodze, to gdy zapadły ciemności a dzieci zdążyły usnąć, zostaliśmy otoczeni przez jakieś 20 bawołów afrykańskich, smacznie wciągających trawę. Myślę, że wciąganie to właściwa nazwa. Trawa była mokra i co chwilę można było usłyszeć  głośny szmer wyciągania jej z ziemi i wciągania przez mordę na język. Tej nocy usnęłam dopiero po kilku godzinach…

Dzień trzeci – Krater Ngorongoro

Rankiem po bawołach nie było już śladu. A przepraszam! Placki zostały, a że leniwie wstawaliśmy, to czas był już wyliczony co do minuty i zjedliśmy  śniadanie już na takim polu minowym. Jak się jednak okazało na koniec dnia, nie był to najgorszy nasz problem w tym dniu…

Ale zacznę tę historie od początku… Gdy wypożyczałam auto, powiedziano mi że Krater Ngorongoro można zwiedzać tylko z przewodnikiem. Trzeba dotrzeć do Ngorongoro Headquarter, zapłacić 20 dolarów i zabrać do auta przewodnika i wtedy można wjechać do niecki krateru (oczywiście wjazd jest dodatkowo płatny). Gdy dotarliśmy do headquarter, powiedziano nam z kolei, ze przewodnik nie jest jednak konieczny, chyba że ktoś nie czuje się pewnie w prowadzeniu samochodu. Ja czułam się na siłach, ale skoro już zajechałam to zabrałam przewodnika ze sobą. Był to młody Masaj o imieniu Sumlek (przynajmniej tak to imię brzmiało), który przez cały dzień pomagał mi wybrać najlepszą trasę. Przewodnik nie kieruje samochodem, tylko siedzi na miejscu pasażera i trochę doradza odnośnie trasy, a trochę pomaga zidentyfikować napotkane zwierzęta. Sumlek był bardzo uprzejmy, nie bardzo się znał na ptakach, ale czego nie wiedział to guglał?

Natomiast drogi w kraterze okazały się być częściowo nieprzejezdne, kilka aut (wszystkie prowadzone przez przewodników, gdyż w całym kraterze nie było ani jednego auta poza moim prowadzonego przez nieprzewodnika ) zakopało się w błocie  i generalnie system jazdy opierał się na zatrzymywaniu auta co chwilę by pytać innych przewodników, czy droga którą jechali była przejezdna.  Poza błotem, dopisały tez zwierzęta! Już zaraz na samym początku drogi, mały korek aut stojących jedno za drugim, zwiastował albo lwa albo nosorożca, bo z moich obserwacji wynika, że jak tak stoi kilka aut pod rząd, to musi być albo jeden albo drugi. Nos mnie nie zmylił i wielki lew z grzywą kroczył dostojnie pośród bujnych traw. Z nas sobie nic nie robił, zaś turyści wpadali w ochy i achy, gdy król kroczył między autami. Mieliśmy więc fantastyczne otwarcie naszej przygody!

Tego dnia widzieliśmy mnóstwo zwierząt – były jeszcze inne lwy, zebry, bawoły, słonie, nosorożce, różne rodzaje antylop – eland, gnu, gazele, imponujące ptaki, w tym piękne flamingi, ale to co najbardziej zapamiętam, to jazdę w trudnych warunkach. Trwa pora deszczowa i nie padało tylko ostatnie 3 czy 4 dni. Część dróg, aby pojechać dalej wymagała przeprawy przez głębszą lub płytszą wodę. Pod nią często była maź, koleiny i inne niespodzianki powodujące, że koła grzęzły a nieszczęśnicy w bród wydostawali się na suchy ląd.

Nie wiem, jak wy prowadzicie w takich warunkach, ale ja korzystam nie tylko ze sprzęgła i gazu, ale tez pracuję całym ciałem by wydostać się z opresji, to zaciskam zęby, to myślami wypycham auto przesuwając ciężar ciała do przodu, a nawet wstrzymuje oddech, zaciskam palce na kierownicy, to powtarzam magiczne zaklęcia a nawet myślami pcham wózek do przodu… Niestety po 6 godzinach takiej jazdy, ledwo można podnieść ręce do góry … tak więc Ngrorongoro wykończyło mnie j zupełnie. Zakopaliśmy się kilka razy, choć zawsze wyszliśmy z tego błota cało, nikt nie musiał nas wyciągać, choć muszę odnotować, ze za jednym razem trochę sprzęgła poszło i śmierdziało w kabinie dobre pięć minut…… Niestety po jednej z przygód w wodzie (dla dzieci to była największa frajda, jazda przez wodę), gdy już wyjeżdżaliśmy z parku, coś strasznie zaczęło trzeć w aucie. Hałas był potworny, przypuszczałam, że jakiś kamyk gdzieś się dostał i tarł o jakąś część. Już miałam wizję zdejmowania wszystkich dwóch kół, z których podejrzewałam, że ten zgrzyt się wydostaje, gdy przypomniało mi się, że w headquarter widziałam rano warsztat mechaniczny, albo przynajmniej kanał dla aut. Jak się później okazało był tam człowiek, bez sprzętu (do odkręcenia koła dostał moje klucze), ale zrobił robotę za mnie. Faktycznie kamienie się dostały do tylnej strony koła i tarły niesamowicie. Pół godziny później byliśmy na kempingu, zdążyłam jeszcze zrobić kolację, rozbić obóz i wykąpać mało pachnące towarzystwo i wszyscy padliśmy otuleni masajskimi kocami, kupioymi przy drodze, gdy się zorientowałam, że nie wzięliśmy śpiworów. Tej nocy, nie przeszkodziły mi ani bawoły, ani trzęsący chłód, gdyż koce oddałam dzieciom. Spałam jak zabita a rano po bólu pleców, rąk i barków nie było śladu i mogliśmy rozpocząć kolejną podróż, tym razem do Serengeti, gdzie drogi – jak mi powiedziano – powinny być jeszcze gorsze niż w Ngorongoro…ale skoro Toyota sobie poradziła tutaj, to wierzyłam, że damy radę również w  Serengeti!

 

Dzień czwarty – w drodze do Parku Narodowego Serengeti

Gdy opuszczaliśmy krater Ngorongoro, spotkaliśmy jeszcze czarne nosorożce i dwa słonie. Do zobaczenia wielkiej piątki afrykańskiej tym razem, brakowało nam już tylko lamparta. Nie jest łatwo go spotkać, bo lamparty naprawdę potrafią się dobrze schować… A z innej beczki: bardzo ciekawe jest pochodzenie samej nazwy tego krateru. Jak wyczytałam, pochodzi ona od dźwięków wydawanych przez masajski dzwonek pasterski (ngoro ngoro).

Wokół krateru zamieszkuje wielu Masajów, wypasają głownie bydło i kozy, natomiast z powstaniem zarówno Parku Ngorongoro, jak i Serengeti (do którego się kierujemy) wiąże się niezbyt ciekawa historia, mianowicie żeby utworzyć parki narodowe przesiedlano z tamtych terenów Masajów. Dzisiaj też co do zasady nie mogą polować już na zwierzynę i zamieszkują tereny głównie wokół krateru. Poza pasterstwem, żyją też z turystów. Na naszej trasie do Serengeti było kilkadziesiąt wiosek Masajów, które można było odwiedzić za opłatą. Poza pokazami tradycyjnych prac, domu, czy nawet szkoły, głównym źródłem dochodu jest sprzedaż pamiątek dla turystów (poza opłatą za wstęp do wioski). Taka wioska jest wioską turystyczną, ale dla mnie osobiście jest to zrozumiałe – turyści wizytują wioskę od rana do zmierzchu i ciężko by było prowadzić przy tym swoje życie. A tak każdy może zobaczyć co go interesuje, zaś w cenie biletu jest też możliwość robienia zdjęć. Niestety ceny pamiątek są bardzo wysokie, trzeba się oczywiście targować, niemniej jednak mam wrażenie, że jest drogo, choć to oczywiście pojęcie względne.

Zanim dojechaliśmy do wioski, zatrzymałam się na wzgórzu by zrobić zdjęcie pięknego krajobrazu rozciągającego się w dolinie. Podeszło do mnie wtedy kilku Masajów stojących na tym wzgórzu i widząc, że robię zdjęcia, zapytali, czy nie chciałabym sobie zrobić z nimi. Napiszę Wam szczerze, że przeczuwałam, że będą chcieli za to wynagrodzenie, ale nie wspomnieli o tym ani jednym słowem. Zrobiłam więc pamiątkowe zdjęcie, po czym poprosili o zapłatę w wysokość 20 dolarów. To są naprawdę bardzo trudne chwile dla mnie. Z jednej strony fajnie jest mieć fotografię, ale z drugiej strony, nie prosiłam o nic, sami chcieli więc dlaczego mam płacić? Rozumiem, gdybym chciała jakąś sesję, ale 20 dolarów za pozowanie do zdjęcia jest ceną według mnie wygórowaną i do tego etycznie wątpliwą. Do tej pory zresztą nigdy nie płaciłam za zdjęcia. Zawsze pytam, czy mogę zrobić i najczęściej ludzie się zgadzają, a gdy ktoś chciał pieniądze, zawsze odmawiałam. Wybrnęłam z tej sytuacji kupując od pana naszyjnik, co załatwiło sprawę zapłaty za zdjęcie.

 

Wjeżdżamy do Parku Narodowego Serengeti

 

Z wioski Masajów do bramy Parku Serengeti mieliśmy jakieś 100 km. Ale tutaj nie mierzy się odległości kilometrami, tylko raczej czasem, jaki jest potrzebny na przejazd. Nam to zajęło 3 godziny. Droga była dobra, ale co chwilę coś odciągało naszą uwagę. A to ludzie wypasający bydło, a to dzieciaki biegające z kozami, a to jakieś zwierzęta, których nie brakowało.

Natomiast gdy już przekroczyliśmy bramę parku Serengeti, zostaliśmy otoczeni prze tysiące zebr! Były ich prawdziwe tłumy. I młode i starsze, stojące i  brykające, biegające wzdłuż drogi i w poprzek. Takiej ilości jeszcze nie widzieliśmy. W zasadzie w takich  chwilach ogarnia człowieka ogromne wzruszenie, że ten świat – taki piękny – jest na wyciagnięcie ręki. A zebry biegały w wysokiej trawie w kolorze soczystej zieleni. Na początku wjazdu były równiny, porośnięte drzewami jedynie od czasu do czasu więc można było patrzeć przed siebie, aż po horyzont. A tonęliśmy w wysokich trawach, otoczeni przyrodą, której legendarne piękno mogliśmy właśnie potwierdzić na miejscu. Później wyczytałam, że oryginalna nazwa parku Serengetii, w języku Masajów znaczyła „the place where the land runs on forever”, co w wolnym tłumaczeniu na polski znaczy „miejsce, w którym ziemia rozciąga się w nieskończoność”.

Szykując się do podróży, spodziewałam się zastać przyrodę, taką jaką znałam do tej pory z wyjazdów do południowej Afryki w czasie polskich letnich wakacji. Wtedy jest jednak afrykańska zima i krajobraz jest zupełnie inny. Pora deszczowa, choć nie ułatwia szukania zwierzyny, to jednak ma swój niepowtarzalny urok w postaci bujnej, zielonej roślinności, która zachwyca pięknem, nie mniej niż same zwierzęta!

Tak więc oto wjechaliśmy do Serengeti i witaliśmy się ze zwierzętami. Były bawoły, różne antylopy, nawet dostrzegliśmy lwicę wylegująca się na skale. Był hipopotam, żyrafy  i nie najgorsze drogi. W pewnym momencie drogę przebiegł nam kot. Nie był to serwal, tylko coś mniejszego. Wyglądał zupełnie jak ocelot, choć to niemożliwe, bo one żyją w innej części świata. Niestety zdjęcia nie zdążyłam zrobić. Poza tym były  tylko dwie, czy trzy przeprawy przez wodę i do tego raczej bardziej płytkie, aniżeli głębokie więc twierdzenia o znacznie gorszych warunkach do jazdy w Serengeti, aniżeli w Ngorongoro, nie sprawdziły się zupełnie.

 

Dzień  piąty – lecimy balonem nad Serengeti

To co zobaczycie na zdjęciach, to w rzeczywistości naprawdę magiczne i wyjątkowe chwile. Składają się na nie piękne obrazy, niekończąca się przestrzeń, świeży i ciepły zapach ziemi, ale też wstawanie w środku nocy (4.15), nocna jazda przez park narodowy w towarzystwie napotkanych licznie hien (naliczyliśmy osiem biegnących przed autem), zapach świeżej kawy o niezbyt zimnym poranku, wschodzące słońce nad zielonymi połaciami Serengeti, drzewa akacji przez które przedziera się poranna mgła poganiana przez czerwonawe, wschodzące słońce i zwierzęta napotkane gdzieś pod nami…

Tradycją po locie balonem jest kieliszek szampana. Tak się świętuje miękkie lądowanie już od początków lotów balonem, od 1870 roku, kiedy częstowano rolników kieliszkiem tego trunku gdzieś tam w polu, by udobruchać ich tym gestem i przekonać, że balon nie jest żadnym smokiem zionącym ogniem. Tak więc o poranku chętnie oddałam się tej tradycji i było to bardzo przyjemne doświadczenie?

Nie wiem, czy to też tradycja, ale wszystkie loty balonem, jakie odbyłam do tej pory, kończyły się również śniadaniem. Tutaj w Afryce, często na sawannie albo w buszu i są to moje ulubione śniadania. Pośrodku bujnych traw, nie tylko rozłożony, ale i pięknie nakryty stół czeka zawsze na podróżników żądnych rannych przygód. I nic nie smakuje tak, jak jajecznica z bekonem, pośród szczebiotania ptaszków, które  licznie przybywają by ukradkiem dziobnąć co nieco ze stołu. Gdyby nie świadomość, że w trawie zaraz obok mogą być ukryte największe drapieżniki (do ludzi nie podejdą, ale gdyby tak się oddalić…), to mogłabym się oddać jeszcze długo takiej beztrosce?

W drodze powrotnej spotkaliśmy też bardzo długo wyczekiwane przez nas zwierzę! W trawie kroczył bowiem… lampart!!!Niestety zanim chwyciłam za aparat było za późno. Na zdjęciach widoczny będzie jedynie grzbiet tak długo przez nas wypatrywanego kociaka?

PS. Balonem lecieliśmy z Miracle Experience  https://miracleexperience.co.tz/ i  było perfekcyjnie!

 

 

Dzień szósty – polowanie na gepardy

 

W kolejnym dniu w parku Serengeti, wyruszyliśmy na polowanie na lamparty. I choć nie udało nam się ich wytropić, to dzień ten obfitował w wiele przyjemnych dla oka niespodzianek. Najpierw trafiliśmy na stado żyraf, wypasających się na łące, razem z antylopami i guźcami. A potem na oglądaliśmy polowanie na zwierzynę przez gepardy!

Za każdym razem, gdy w parku dzieje się gdzieś coś ciekawego, przewodnicy informują się nawzajem przez CB radio o wytropionych zwierzętach więc, gdy jest coś atrakcyjnego to po chwili zbiera się niezła kolekcja aut z turystami w środku, by zobaczyć jakieś zwierzę (inne niż najpopularniejsze i najliczniejsze jak antylopa czy zebra). Stąd zawsze zatrzymujemy się, gdy tworzy się korek. Tym razem, gdy zajechaliśmy była to końcówka akcji. Słychać było skowyt antylopy i głośne nawoływania całego stada jej pobratymców stojących nieopodal, nawołujących się i ostrzegających wzajemnie. Gdy gepardy rozszarpywały antylopę, inne antylopy stały zupełnie niedaleko i nie uciekały. Ich ucieczka spowodowałby niechybnie pogoń gepardów za nimi.

Po gepardach do resztek antylopy przyszły hieny. Najpierw jedna a potem druga. Gepardy jeszcze chwilę patrzyły na hieny a potem odeszły w wysokie trawy. Naliczyłam cztery przebiegające przez drogę między samochodami.

Tego dnia widzieliśmy jeszcze sępa rozszarpującego zwierzę podobne do góralki, które jednak nią nie było i żółwie, ale to właśnie wspomnienie gepardów, smukłych i szybkich, których pyski ubarwione na czerwono  mogące być symbolem zwycięstwa nad biedną antylopą albo po prostu śladem smacznego obiadu, pozostaną z nami na dłużej.

Kiedyś w Namibii, gepard polizał mi nogę (to było na farmie z gepardami, z których część była udomowiona) więc miałam okazje poczuć, że ich języki są szorstkie niczym pumeks. Nic przyjemnego. Niektórzy gepardy mylą z lampartami, ale te pierwsze maja podłużne czarne kreski ciągnące się od oczu oraz zdecydowanie bardziej smukłą sylwetkę.

A my następnego dnia udaliśmy się do południowej części parku Serengeti, zwanego Ndutu, gdzie liczyliśmy na to, że zobaczymy antylopy gnu rodzące małe. Park Serengeti chyba najbardziej znany jest z wielkiej migracji właśnie antylop gnu i zebr, które gdzieś w okolicach lipca i sierpnia przekraczają rzekę Mara (na północy parku Serengeti) walcząc ze swoim szczęściem i krokodylami. Teraz z kolei były ich tysiące na południu parku, gdzie trawy są dużo niższe i w bezpieczniejszych warunkach mogą rodzić małe. I na taki widok właśnie liczyliśmy jadąc do Ndutu.

 

Dzień siódmy – nad Jeziorem Ndutu

Jezioro położone jest na granicy parku Serengeti i Ngorongoro. Udaliśmy się tutaj, by szukać antylop gnu, gdy na świat przychodzącą ich młode. I chociaż samego porodu nie udało nam się zobaczyć, to widzieliśmy trochę młodych cielaków (no właśnie, czy młode antylopy to cielaki??). Ndutu o tej porze roku (końcówka lutego) to świetne miejsce by obserwować wielką migrację antylop gnu i zebr. Te zwierzęta bowiem, chroniąc się przed drapieżnikami, migrują wspólnie. Widzieliśmy ich tysiące, przemierzających bezkresne połacie ziemi. W Ndutu natomiast, zmienił się krajobraz. Trawy były dużo niższe, a drzew praktycznie nie było.

Za to nad samym jeziorem były już drzewa i tysiące ptaków. Przede wszystkich w wodzie moczyły się flamingi. W Ngorongoro widzieliśmy flamingi mniejsze, a tutaj królował flaming duży. Cała powierzchnia wody sprawiała miejscami wrażenie różowej, choć to zależało też od światła.

Wieczorem w lodgy, w której się zatrzymaliśmy pytałam przewodników, w którym miejscu najlepiej by było szukać rodzących antylop, ale sami szukali bezskutecznie od kilku dni więc okazało się nie być to takie proste. Nie myślcie też, że do tych zwierząt się podjeżdża. Po parkach jeździ się wyłącznie wyznaczonymi drogami i nie można zjeżdżać z trasy wiec takie podglądanie to tylko przez lornetkę… Po deszczach ziemia była dość mokra więc miejscami czekały na nas przeprawy prze błoto i wodę, zawsze pełne emocji!

 

Dzień Ósmy – jedziemy nad Jezioro Manyara

Park Narodowy przy Jeziorze Manyara w porównaniu do Serengeti, to maleństwo. Ale warto przeznaczyć na niego jeden dzień. My tyle czasu nie mieliśmy, ale 3,5 godziny nadal było lepsze niż nic! Przez pierwsze kilometry przemierzania parku, widzieliśmy setki pawianów i małp aż w końcu drogę przeszedł nam słoń! Ten park słynie z lwów leżących na drzewach, ale niestety z powodu braku czasu nie było dane nam tego zobaczyć. Może gdybyśmy mieli cały dzień, to może może byśmy dotarli do dalszej części parku, w którym uwielbiają wspinać się na drzewa.

Nie mamy jednak powodów do narzekań! Były słonie, były ptaki, piękne antylopy gnu brodzące w wodzie i ta mgiełka tajemnicy i napięcia, która nam zawsze towarzyszy, gdy nie wiemy kogo możemy spotkać za najbliższym krzewem?

Natomiast udzieliło nam się również zmęczenie i totalne zakurzenie. To ostatni park, jaki odwiedzamy w Tanzanii. Po nim skierowaliśmy się z powrotem do Arushy by oddać samochód i polecieć na naprawdę zasłużony wypoczynek na Zanzibar. Ja osobiście bardzo się cieszę, że pomimo wielu zawirowań życiowych, udało mi się wrócić do Afryki i spędzić w kontynentalnej Tanzanii ponad tydzień, ciesząc się przyrodą. Do Arushy przywieżliśmy ze sobą kurz oraz zeschnięte błoto znad jeziora Ndutu, gdzie co chwilę musiałam wychodzić i ręcznie przekręcać blokadę na kołach by włączyć i wyłączyć napęd na cztery koła. Czyż to nie była wspaniała pamiątka? Tutaj w Afryce, po śladach na butach potrafią rozpoznać skąd przychodzisz. Gdy dotarliśmy do Arushy, jeden z przewodników odgadł naszą przedostatnią destynację bezbłędnie…

Gdy dzisiaj pytam samą siebie, co było największym przeżyciem podczas naszej tanzańskiej podróży, to niewątpliwie był to nocleg na publicznym polu biwakowym w Ngorongoro, gdy odwiedziło nas nocą stado bawołów. Były to najbardziej przerażające chwile.  Choć wiedziałam, że nas nie zaatakują dopóki pozostajemy w namiocie, to jednak strach przed nieznanym nie pozwolił mi wtedy zmrużyć oka pierwszej nocy, zaś wydawane przez nie dźwięki wyrywania mokrej trawy i jej przełykania choć dzisiaj wywołują uśmiech na twarzy, to wtedy tej pierwszej nocy były niczym bat smagający wystraszonego konia, na dźwięk którego ten drugi podskakuje zanim bat go dotknie…

Dużym zaskoczeniem było natomiast, że tak bardzo popularne w południowej Afryce, self-drive safari czyli wypożyczenie auta i samodzielne objechanie parków narodowych, tutaj w Tanzanii praktycznie nie istnieje. Wszyscy podróżują w bardziej zorganizowany sposób. A drugim największym zaskoczeniem było … żółtko jajka. Jest praktycznie białe a nie żółte?

 

 

A jak tylko skończę pisanie dalszych tekstów, to znajdziecie tutaj linki do praktycznych wpisów:

Jak wypożyczyć auto na safari w Tanzanii i na co zwrócić uwagę: https://whereismint.com/wszystko-o-wypozyczeniu-auta-na-self-drive-safari-w-tanzanii/

Krater Ngorongoro – informacje praktyczne

Zwiedzanie parku Serengeti – informacje praktyczne

Co zabrać ze sobą na safari

Ile kosztuje safari w Tanzanii

 

 

Maria Pertek: Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Od niedawna blogerka.