fbpx

O tym jak przemierzyliśmy część szlaku Kungsleden w psim zaprzęgu

 

Kungsleden to jeden z najbardziej popularnych szlaków wędrówkowych w Szwecji. Położony jest w jej północnej części, Laponii i rozciąga się na odległość ponad 400 km łącząc Abisko na północy i Ammarnäs na południu szlaku. Szwedzi podjęli wysiłek jego wytyczenia  już na początku roku 1900  i tym samym dzisiaj wiele z chat porozrzucanych na szlaku ma ponad 100 lat! Poza historią mają też swój niepowtarzalny klimat, czarują prostotą i jednoczą wszystkich, którzy się w nich na szlaku spotkają.

Kungsleden jest świetny do pieszych wędrówek latem, nieco trudniejszy zimą, a my postanowiliśmy odwiedzić ukochaną Laponię w porze roku określonej jako zima-wiosna, co w przełożeniu na nasze oznacza późną zimę.  Już sama nie pamiętam dlaczego zamiast przejść pieszo, wpadliśmy na pomysł przemierzenia tego szlaku w psim zaprzęgu. Psie zaprzęgi w Laponii to bardzo stara tradycja, ale my nie szukaliśmy atrakcji turystycznej, tylko kogoś z sercem do psów i miłością do Laponii. Każdego kogo przez ostatnie lata naszych wędrówek po Laponii pytaliśmy o to, wskazywał na tą samą osobę jako absolutnie najlepszą, jeśli chodzi o psy. I tak trafiliśmy na Mattiego, który razem ze Stiną prowadzi Jokkmokk Guiderna, ma ponad 50 psów husky (zarówno alaskan husky jak i siberian husky) i organizuje wyprawy w psim zaprzęgu. My poprosiliśmy o psi zaprzęg na szlaku Kungsleden. Naszą przygodę rozpoczęliśmy w schronisku Saltoluokta, skąd mieliśmy się udać na północ szlaku w stronę Abisko, dopóki pogoda nie pokrzyżowała naszych planów…

Do Saltoluokty nie można dojechać samochodem, zostawia się go na parkingu przy jeziorze (przystanek autobusowy też jest przy jeziorze) i następnie idzie pieszo jakieś 4 km do schroniska, na szagę przez jezioro, tyle że wytyczoną ścieżką. Słyszeliśmy w schronisku opowieści o turystach, którzy nie doczytali, że trzeba się trzymać ścieżki i dzwonili ze środka jeziora po pomoc, trzymając się  kawałka lodu i prawie tonąc… Informacje praktyczne dotyczące naszego wyjazdu znajdziecie tutaj.

 Dzień pierwszy, czyli o tym jak prawie wyruszyliśmy

 

Gdy tylko spotkaliśmy Mattiego wcześniejszego wieczoru, powiedział, że nie możemy wyruszyć w kierunku północnym z powodu silnych wiatrów i głębokiego śniegu. Zweryfikowaliśmy więc nasze plany i ustaliliśmy, że pobiegniemy z psami na południe. Ale wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazywały w tym dniu, że to nie może się udać. Zamieć śnieżna i brak widoczności powodowały, że wyruszyliśmy w południe zamiast z rana. Najpierw nakarmiliśmy psy, potem je zaprzęgliśmy, potem musieliśmy rozplątać sznurki, gdyż z tej radości każdy psiak się kręcił aż się zakręcił, potem musieliśmy wypić kawę, by zawyżyć i tak wysoką szwedzką średnią jej spożycia, potem przyszła zamieć śnieżna, aż w końcu wyruszyliśmy… Z powodu zamieci postanowiliśmy zrobić 20- kilometrowy trekking i wrócić na noc jednak do schroniska, gdyż pogoda i tak  uniemożliwiłaby  nam w tym dniu dotarcie do chaty wysoko w górach, w której zamierzaliśmy spędzić noc…

Po 7 km naszej przygody, zboczyliśmy z wyznaczonego środkiem jeziora szlaku. Chcieliśmy przedrzeć  się inną drogą, ale efekt był taki, że najpierw moje psy wpadły do dość dużej przerębli, a potem ja chcąc ratować psy… Czułam, że tonę nie mogąc znaleźć punktu oparcia dla nóg, ale Matti twierdzi, że było tylko 40 cm głębokości… No cóż, strach ma wielkie oczy a ja zdążyłam wykąpać się do połowy ciała. W niecałą minutę tak przesiąkłam wodą, że nie byłam w stanie udźwignąć ciężaru własnego ubrania i wydostać się o własnych siłach. Postanowiliśmy wrócić do schroniska, bym mogła się wysuszyć i w ten oto sposób następnego dnia wyruszyliśmy po raz drugi..

 

 

Dzień drugi, czyli wiatr wieje w oczy…

 

Wyruszyliśmy po raz drugi. Pierwsze 4 kilometry mozolnie pięliśmy się stromo pod górę, biegnąc razem z psami, tyle że za saniami. A gdy już dostaliśmy się na upragnioną górę, zamieć śnieżna zdmuchiwała nas ze szlaku. Sanie wypchane karmą dla psów, śpiworami i  jedzeniem były niczym żagle spychające nas nie do końca tam, gdzie chcieliśmy… Towarzyszyły nam stada reniferów widoczne w oddali na pastwiskach. Mniej więcej w trzech czwartych drogi przyszło wybawienie. Wiatr ustał, wyszło słońce a niebo zrobiło się idealnie niebieskie. Mogliśmy świętować😊

Zrobiliśmy 20 km ze schroniska Saltoluokta do chaty górskiej Sitojaure. Nad zamarzniętym jeziorem znaleźliśmy schronienie, z drewnem na opał i ogrzewaniem na gaz. Bez wody i energii, ale za to z ciepłym  łóżkiem. Chata należy do STF szwedzkiej organizacji turystycznej i ma swojego opiekuna, który przez kilka tygodni (najczęściej 4-5) opiekuje się nią.  Annika przyszła do nas wieczorem, pokazała przerębel na świeżą wodę z jeziora i system wszystkich misek – to na brudną wodę, to na czystą oraz sześć różnych pojemników do segregacji śmieci😊 Swoją opiekę nad chatą prowadzi na zasadach wolontariatu (ale niskopłatnego – 3000 koron szwedzkich na miesiąc, co daje jakieś 1200 zł).. Podoba jej się tak bardzo, że jest tu już piąty raz i przez pięć tygodni pomaga w zachowaniu porządku w chacie. Gdy my do niej przyjechaliśmy byliśmy sami, na wieczór przybyło jeszcze z 8-9 osób na nartach biegowych. Wieczorem w kuchni przy świecach wszyscy pichcili kolację i wymieniali się doświadczeniem kończącego się dnia. Ale też tym, czym Szwecja dzisiaj żyje – wielką aferą bankową. Największy bank szwedzki wyprał bowiem blisko 6 miliardów dolarów (to połowa rocznego PKB Namibii) i Szwedzi głośno o tym dyskutują. Wyprane dolary pochodziły ponoć z Rosji, ponoć też w jakiejś części należały do Janukowicza. Dyskusje długo nie trwały. O 22 wszyscy jak jeden mąż poszli spać. Rano wstaliśmy, posprzątaliśmy po psach i wyruszyliśmy w dalszą drogę…

 

Dzień trzeci, czyli znowu widzimy renifery, są też łabędzie

 

Z Sitojaure jest dość krótka droga do Aktse – 13 km. My udaliśmy się bardziej okrężna trasą, nie wiem czy lepszą, ale na pewno widokową i zrobiliśmy w tym dniu 40 km. W zadymce śnieżnej minęliśmy stada reniferów, a nawet dwa łabędzie. Im wyżej tym mniej drzew, im niżej tym piękniejsze lasy. Dużo sosny i brzozy po drodze. Gdzieś na trasie zatrzymaliśmy się na kawę i wtedy pojawiły się one – piękne sójki syberyjskie. Nie chciały podlecieć zbyt blisko, ale kręciły się wokół. Aktse zaskoczyło nas sklepem – nawet dość dobrze zaopatrzonym. Choć mieliśmy ze sobą wszystko, czego nam było potrzeba, to skusiliśmy się jeszcze na owoce w puszce i słabe piwko. Gdy nakarmiliśmy psy, pozostało nam już tylko siedzenie przy oknie i patrzenie na góry. W końcu po to tu przyjechaliśmy i co ważniejsze w końcu mieliśmy czas na to, by nie robić nic.

 

Dzień czwarty – pogoda nas rozpieszcza

 

Opuściliśmy Aktse i udaliśmy się 23 km dalej na południe do Pärte. Razem z nami chatę opuścili narciarze, którzy wędrowali z nami już od Sitojaure. Wyruszali jakąś godzinę przed nami i pojawiali się w kolejnej chacie, godzinę lub dwie po nas. Zdążyliśmy się już prawie zakolegować, część z nich znała Polskę bardzo dobrze, organizując  u nas biegi. Nasza dzisiejsza droga była dość łagodna. W dużej mierze płaska i tylko od czasu do czasu biegliśmy z psami pod górkę. Mniej więcej w połowie drogi przekroczyliśmy jezioro Tjaktjajávrre. W zasadzie łatwo pomylić je z rzeką, gdyż na tafli wody sterczą wielkie zamarznięte fale. Wiemy jednak, że niedaleko Jokkmokk znajduje się wielka elektrownia wodna, która zasysa wodę z jeziora, z samego dołu i to powoduje wypiętrzanie się górnych poziomów, co zimą daje wielkie zmarznięte fale. Dziesięć procent energii elektrycznej w Szwecji pochodzi właśnie z tej elektrowni, ale mieszkańcy Laponii nie są z tego zadowoleni. Niszczy to bowiem ekosystem a pieniądze do Saamów nie wracają…

A tymczasem na szlaku Matti pozdrawiał i zamieniał słowo dosłownie z KAŻDĄ napotkaną osobą. Kto go tu nie znał! Zdecydowana większość znała Mattiego, bo w którymś roku wędrówki na przestrzeni ostatnich 25 lat miała okazję Go gdzieś spotkać… Matti spotykał ludzi, których nieraz nie widział od dawna. Miałam wrażenie, że raz połknięty bakcyl wędrowania po Kungsleden, niczym największa zaraza zostaje w człowieku na zawsze…

 

Dzień piaty – najgorszy

Zmęczenie dawało się nam już w kość. Plecy, kark, barki, ramiona bolały najbardziej. Zmęczone uda były  już tylko najmniej uciążliwym dodatkiem do całości. Ja byłam cała spuchnięta. Nie wiem czy od wysiłku, wiatru wiejącego w twarz, czy ilości świeżego powietrza. Pewnie wszystkiego po trochu. Nie było zasięgu. Niestety ta piękna wolność od komórki miała też swoją cenę. Gdy dwa dni temu gdzieś pośrodku jeziora dopadła mnie znienacka wiadomość od babci, że Ninka nie ma w przedszkolu wykupionych obiadów, pozostałam bezsilna z tą wiedzą (obiady wykupuje się na platformie, do której Babcia nie miała dostępu)😊. Czasem dochodziły z opóźnieniem smsy, na które nie mieliśmy jak odpowiedzieć, gdyż próby wysłania smsa kończyły się porażką. Byliśmy odcięci od świata, otoczeni niekończącymi się lasami, łąkami przykrytymi śniegiem i zamarzniętymi jeziorami. Psy z nami miały się dobrze, też były troszkę zmęczone, podobnie jak my, ale codziennie z rana wyrywały do przodu. Tak samo po przerwie obiadowej. Dzisiaj zrobiliśmy 23 km z powrotem do Aktse. Katrina (gospodyni) przywitała nas ciepłą lemoniadą. Była pyszna, choć przyznam się, że już marzyłam o owocach i warzywach. Ot taka przewrotność losu! Jesteś w domu – marzysz o słodkościach – tutaj z kolei słodkości wychodziły mi już bokiem, a warzyw i owoców , których na co dzień mam dość, nie było😊

„Nasi” narciarze poszli dalej, do Kvikkjokk, a my tymczasem musieliśmy zawrócić już z powrotem do  Saltoluokty. Pomimo zmęczenia wiem, że tutaj jeszcze kiedyś przyjadę, może dokończę jeszcze ten szlak zimą aż do Kvikkjokk (dużo nie zostało), ale tym razem już na nartach. Myślę, że będzie łatwiej niż w psim zaprzęgu, a przynajmniej będę mieć porównanie. Marzę o tym, by też przemierzyć ten szlak latem, koniecznie chciałabym przejść ten sam odcinek, by zobaczyć jak bardzo różni się lato od zimy. Myślę, że możemy tego szlaku latem nie poznać, a już na pewno  środkiem jeziora nie przejdziemy, możemy co najwyżej popłynąć łódką…

Jak pisałam wcześniej, kto raz spróbował Kungsleden, może tu wracać w nieskończoność, jak dwaj bracia z Kiruny, których spotkaliśmy na szlaku. Zimą obecni już po raz dwudziesty któryś, raz do roku „rzucają wszystko” i na dwa tygodnie jadą by przemierzyć jakąś część Kungsleden.

Dzień Szósty – kończymy

Tym razem do Saltoluokty z Akste zostało nam 33 km. Już nie pojechaliśmy dłuższą drogą, tylko wybraliśmy krótszą, choć zapłaciliśmy za to biegiem pod górę. Nie jest to proste – psy ciągną do przodu, a człowiek biegnie za saniami. Dobra kondycja jest bardzo pożądana! Nie można sań z psami wypuścić z rąk.  Jak psy uciekną z saniami, te im najprawdopodobniej przetrąca nogi więc trzeba za wszelką cenę utrzymać sanie w rękach. Dlatego tak bolą plecy, kark, barki i ramiona…

W Saltoluokta czekała na nas nagroda. Powiem Wam, że nigdy ubite ziemniaki z dodatkiem groszku nie smakowały tak dobrze, a ciepła woda z prysznica nie dostarczała tylu radości, co po sześciu dniach psiego zaprzęgu na Kungsleden. Cieszyły nas proste rzeczy, a duma że daliśmy radę po prostu rozpierała. Następnego dnia pojechaliśmy do domu.

Tak więc do zobaczenia gdzieś na szlaku, bo ja tam wrócę a mam nadzieję, że i Was zachęciłam. Koniecznie dajcie znać! Informacje praktyczne dotyczące naszego wyjazdu znajdziecie tutaj😊

A kto tutaj zaglądnie za tydzień, znajdzie też zmontowany film z naszej wyprawy po szlaku Kungsleden. Zaraz do niego usiądę!

 

Maria Pertek: Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Od niedawna blogerka.