O pierwszej części tej historii – Birma cz.1 – od Rangunu do Mandalay przeczytacie tu.

Bagan z góry i dołu

W końcu dotarliśmy do Baganu czyli dawnego Królestwa Paganu. Władcy Paganu wznieśli w obrębie stolicy i w jej bezpośrednim sąsiedztwie ponad 10 000 świątyń buddyjskich, z których do dziś pozostało około 2000. Królestwo zaczęło chylić się ku upadkowi w połowie XIII w., a zwolnienie od podatków majątku klasztornego spowodowało, że król nie był w stanie utrzymać lojalności swoich dworzan i wojska. I tak Królestwo upadło, pozostawiając do dzisiaj 2000 świątyń. Rozrzucone na dość sporym obszarze, można je zwiedzać balonem, na rowerze (w 40 stopniowym upale nadal jest sporo śmiałków), skuterem (wszystkie są elektryczne, nazywane tutaj e-bikami) lub powozem z koniem. Opcję z koniem wypróbowałam szukając bankomatu z pieniędzmi, a że były dopiero w szóstym więc zdążyliśmy to odczuć dość mocno, to już do tej opcji nie wracaliśmy. Bankomaty są tu praktycznie tylko przy lepszych hotelach (ale za to z klimatyzacją w budce), a do tego rzadko który ma pieniądze. Wyjmuje się ich bardzo duże ilości. 100 dolarów to aż 135 000 kyatów i zajmuje to naprawdę dużo miejsca (plik grubości 1 cm) więc pieniądze w bankomacie kończą się szybko. Po szóstym bankomacie byłam zdecydowania chodzić pieszo i rzucić biednego konika. Wynajęliśmy więc skutery i zaczęliśmy zwiedzanie świątyń. Bagan (nowa nazwa Paganu), perła Birmy, nie jest wpisane na listę UNESCO. Junta wojskowa odrestaurowywała zabytki niezgodnie z podstawami archeologii, dobudowywała fragmenty świątyń w niewłaściwy sposób, opierający się na domysłach i luźnych koncepcjach, a nie na badaniach archeologicznych. Przez ingerencje wojska a w konsekwencji zaburzenie integralności historycznej Baganu, miejsce to nie kwalifikuje się na listę UNESCO. Trzymam kciuki za Birmę, by to się zmieniło.

 

 

Zachody słońca nad Baganem

Według birmańskiej astrologii tydzień trwa 8 dni. Każdy z tych dni ma swojego opiekuna, jest nim zwierzę, które jest jednocześnie opiekunem osób urodzonych w danym dniu. Birmańczycy, aby się wpasować w kalendarz siedmiodniowy, podzielili środę i zrobili z niej dwa dni – do południa jeden dzień i popołudniu drugi. A my dalej zwiedzamy Pagan. Polujemy na zachody słońca. Świątynie w przeważającej części są z czerwonej cegły, otoczone piaskiem o barwie ceglanej, skąpane w słońcu nabierają wyjątkowego charakteru. Zachód słońca oglądany ze wzniesienia, z tarasu pagody jest unikalnym przeżyciem. Zachodzące słońce barwi niebo tuzinem odcieni niebieskiego, purpury i pomarańczy. Nad drzewami kokosowymi unoszą się lekkie mgły, gdzieniegdzie widoczny jest dym a pagody otoczone miękkim światłem, na tle spektaklu, jaki daje niebo, wydają się być czymś nierealnym. A jeszcze gdzieś pośród tego unosi się piękny śpiew mniszek z pobliskiego klasztoru, które powtarzają przez mikrofon melodyjne mantry, tworząc razem zaczarowany spektakl, który każdego wieczoru oglądają setki widzów.

 

 

Piłka łączy!

I tylko nocami, gdy reprezentacja superjuniorów Polski grała mecz z Birmą, mieliśmy trochę czasu na odpoczynek😊

 

 

A tymczasem  po odpoczynku wśród najpiękniejszego na świecie kurzu Paganu, wyruszyliśmy w głąb centralnej Birmy i wylądowaliśmy w miasteczku Kalaw, otoczonym górami, pastwiskami i łąkami i straciliśmy internetową łączność ze światem. Temperatura spadła do przyjemnych 25 stopni a tymczasem ludzi zastaliśmy w ciepłych czapkach i kurtkach. Zamierzaliśmy stąd przejść pieszo 48 km nad jezioro Inle, ale życie zweryfikowało nasze plany. 51 milionów mieszkańców Birmy tworzy jeden z najbardziej zróżnicowanych etnicznie krajów, zaś okolicę zamieszkują mniejszości Palaung, Pa-O, Danu, Danaw i Taung Yo:). Długo się zastanawialiśmy, czy damy radę przejść z dziećmi tyle kilometrów, zwłaszcza, że w połowie drogi do Warszawy, uświadomiliśmy sobie, ze zapomnieliśmy zabrać nosidło dla Niny. Musieliśmy więc coś wymyślić. Kupiliśmy plecak, wycięliśmy dziury na nogi i głęboko wierzyliśmy, że nam się uda.Nie mogliśmy znaleźć przewodnika. Nikt nie chciał się podjąć przejścia tej drogi w upale, kurzu i błocie z tak małymi dziećmi. W końcu trafiliśmy na Piu i postanowiliśmy mu zaufać. Ostatnie chwile przed trekkingiem spędziliśmy w ośrodku dla emerytowanych słoni. Nie ma tutaj takich atrakcji, jak przejażdżka na słoniu, bo wiąże się to z ostrą tresurą tych zwierząt, można natomiast nakarmić słonie – sprawdziliśmy, że od pędów bambusa wola dynię – a także wykąpać je w rzece. Naturalną gąbka, z naturalnym szamponem z rosnących w pobliżu roślin. Po każdym szorowaniu, słoń spłukiwał się wodą robiąc nam prysznic prosto z trąby. W Birmie żyje na wolności już tylko 2000 słoni, a kolejnych 5000 należy do kogoś. Słonie nadal są wykorzystywane na dużą skalę w przemyśle drzewnym.

 

 

Droga do jeziora Inle miała nam zabrać pierwotnie 3 dni i mieliśmy przejść 48 km. Przez zapomnienie nie zabraliśmy nosidła dla Niny więc skompletowaliśmy plecak, w którym wycięliśmy dziury na nogi, a za podłokietniki robiły dwa kawałki materiału. Im bliżej trekkingu, tym bardziej optowaliśmy za podwózką pierwsze 20 km i skróceniu naszej wyprawy z 3 do 2 dni. W ten sposób zostało nam już do przejścia jedyne 28 km. Znaleźliśmy wspaniałego lokalnego przewodnika Piu (tak przynajmniej się wymawia), który o omówionej godzinie wyprowadził nas przez pola, łąki i kawałek „dżungli”, bliżej prawdziwego życia Birmańczyków. Mijaliśmy pola zasiane żółtymi kwiatami sezamu, pola czosnku, oberżyny, malownicze pola ryżowe, ewakuowaliśmy się przed wołami i bawołami, które wyczuwają zapach gościa z zagranicy przez tony olejków z filtrami UV i repelenty na komary (malaria). Widzieliśmy mnóstwo uśmiechniętych dzieciaków, noszących wodę lub w inny sposób pomagających rodzicom. Wieś birmańska nie ma bowiem prądu, ani wody bieżącej, trzeba ją nosić wiadrami, nieraz z odległych miejsc. W większości domostw pali się jedna żarówka zasilana energią solarną. Bardzo trudne są to warunki. Nasza droga stawała się również coraz trudniejsza, zaś targane na plecach kilogramy jakoś tak cięższe z każdym kilometrem. W piątej godzinie marszu zaczęliśmy zapadać się w błoto, które sięgało kolan, a co gorsza przewracaliśmy się wraz z dziećmi. Na szczęście w pobliskiej chacie w momencie największego kryzysu czekał na nas lunch. Przeszliśmy 13 km w pełnym słońcu i trudnych warunkach, ale cień bambusa w chacie, pyszne jedzenie i mili gospodarze zrekompensował ten trud. Niestety odpoczynek zajął nam tak dużo czasu, że ostatnich 5 km zaplanowanych na ten dzień, nie bylibyśmy w stanie pokonać ze zmęczonymi dziećmi przed zachodem słońca, zaś ze względu na bawoły i pijawki nie było opcji pójścia nocą. Musieliśmy wynająć samochód, by nas podwiózł do umówionego noclegu w wiosce Pa-O. Pół wsi nas odprowadziło do auta, a ponieważ te 5 km do pokonania pieszo nie nadawało się do jazdy samochodem, musieliśmy pojechać bardzo okrężną droga, tłukąc się wybojami przez dwie godziny. Gdy dojechaliśmy, było już ciemno, a my ledwo żywi.

 

 

Nasi gospodarze ugościli nas po królewsku. Kolacja, jaką zjedliśmy była jedną z najlepszych, również pyszne było śniadanie. Chciałabym to samo powiedzieć o nocy, ale prawda jest taka, że nie jesteśmy przyzwyczajeni by chłonąc taką ilość dźwięków, jaką wydaje nocne życie. Nasza chata była z pustaków, cienkich na jakieś 10 cm, miała solidny dach z blachy, okna przysłonięte albo bambusem, albo workami po cemencie. Przedsionek stanowił kuchnię składającą się z paleniska i jednej lub dwóch małych szafek. Poza tym był pokój w którym spaliśmy, wyposażony w ołtarzyk z Buddą i wiszące na ścianie rodzinne zdjęcia. Sypialnia gospodarzy oddzielona była ścianką z bambusa, zaś drzwi do niej stanowiła cienka zasłonka. W nocy słuchać było odgłosy z sąsiednich domków, jakieś głośno brzdękające insekty, wszystkie rozmowy, chrapania, koguty. Pomieszczenie na samym dole, nad którym spaliśmy, które początkowo uznaliśmy za garaż, było oborą dla bawołów i krów, które w zimne noce śpią pod sypialnią gospodarzy, by swym ciepłem ogrzać domostwo. Chyba tylko z uwagi na naszą obecność nikt ich nie wprowadził do środka. Ludzie PaO wierzą, że są potomkami smoka (dragon) i na jego cześć kobiety noszą bardzo kolorowe turbany zawinięte na głowie, które symbolizują głowę smoka. Dla nas najbardziej dziwne było, gdy dzieci gospodarzy w wieku 2-9 lat poszły spać do innego domu. Nasz przewodnik wyjaśnił nam, że dzieci śpią z rodzicami średnio dwa dni w tygodniu, a pozostałe spędzają u różnych cioć we wsi, gdzie wsłuchują się w słowne opowieści. Taka tradycja. Tymczasem z powodu ulewnego deszczu drogi zmieniły się w błotnistą maź, na której płaskie podeszwy naszych butów nie były w stanie się utrzymać. Zmęczeni nocą i wędrówką dnia poprzedniego, znowu zamówiliśmy samochód, który zamiast nas przedzierał się przez błota, by w końcu dotrzeć do Jeziora Inle.

 

 

Życie nad jeziorem Inle toczy się na wodzie. Domy na długich palach wzniesione są nad taflą wody, a przy nich falują unoszone przez wodę długie łodzie. Dzieci najpierw uczą się chodzić, a potem kierować łódką. Na wodzie unoszą się tez przepiękne ogrody, w których uprawiane są warzywa. O tej porze roku najczęściej widać fasolę i pomidory. Warzywa sprzedawane są na lokalnym targu. Taki ogród zanurzony jest na jakiś 1 metr w głąb wody, a jak się po nim stąpa, to człowiek unosi się niczym na łóżku wodnym. Miejscową atrakcją jest klasztor ze skaczącymi kotami. Tutejsi mnisi bardzo dawno temu ponoć z nudów, nauczali koty skakać przez obręcze. Chociaż było to bardzo widowiskowe, to jak każda tresura, odbywała się za pomocą kijka do bicia i przekarmiania zwierząt w ramach nagrody. Na szczęście na miejscu okazało się, że koty już nie skaczą. I chociaż klasztor z chodzącymi kotami był tak nudny, że nie mogliśmy uwierzyć, że tam zawitaliśmy, to przynajmniej koty mają się dobrze. A najpiękniejsze nad jeziorem Inle jest życie, jakie tam się toczy. Ludzie myją się w jeziorze, robią pranie, pływają łódkami, przewożą nimi towary. Niby takie zwyczajne a nie można oderwać od nich oczu. Piękny spektakl rozgrywa się też na jeziorze, gdzie lokalni rybacy wiosłują łodzią za pomocą nogi. Kręcą nią coś na kształt ósemki, co wygląda jakby tańczyli na łódce. A wszystkie te cuda dzieją się przy akompaniamencie głośnego warkotu silnika wynajętej łodzi.

 

 

Jezioro Inle ma 22 km długości i 11 km szerokości. Kawał życia do podglądania. Wokół jeziora i na jeziorze pobudowane są całe wsie, których mieszkańcy specjalizują się w określonym rękodzielnictwie. Manufaktury z wyrobami ze srebra, przędzalnie w których używa się nici z kwiatów lotosu a właściwie z ich pędów, obficie porastających jezioro., kowalstwo, wyrób cygar i cygaretek…. Lista jest bardzo długa. Tutaj za ludzi nie pracują maszyny i choć region odwiedza coraz więcej turystów, którzy fotografują wszystko dookoła, to nadal wszystkie te wyroby nie są ustawką pod turystów, tylko faktycznym kawałkiem życia mieszkańców Birmy. Na mnie największe wrażenie zrobiły nici z pędów lotosu. Ich pozyskiwanie jest niezwykle pracochłonne, stąd kawałek materiału tylko z kwiatu lotosu jest bardzo drogi. Najczęściej przeplata się go tańszym jedwabiem. Piękna nad jeziorem jest też świątynia Indein, do której – jak do większości tutejszych świątyń – prowadziły długie schody obłożone straganami z birmańskimi wyrobami. I nie była to chińszczyzna. Wyroby z laki (drewno bambusowe lub tekowe kilkukrotnie pokrywane specjalnym rodzajem żywicy pozyskiwanej z gatunku drzewa rosnącego na północy Birmy), rzeźby z drewna, kamienia, wyroby ze srebra lub jadeitu – lokalnego kamienia, bambusowe piłki, piękne materiały, parasole z Pathein, szale z lotosu lub lotosu z jedwabiem, tradycyjne longyi czyli rodzaj spódnicy i wiele innych. W zasadzie jak człowiek wraca ze świątyni, to wszystko co pamięta to ten kolorowy targ różności i uderzanie co chwilę przez sprzedawcę, po udanej transakcji , plikiem banknotów o każdą niemalże rzecz pozostałą do sprzedania, jako zapewnienie powodzenia w dalszej sprzedaży w danym dniu.

 

 

Tam gdzie są dzikie plaże, niezadeptane przez ludzi, żyją miliony krabów. Kopią w piasku swoje norki, a zbite kulki piachu wypychają na zewnątrz, tworząc niesamowite rzeźby na plaży. Od lat zachwyca mnie to nieustannie. Na ostatnie kilka dni odpoczynku po naszej wędrówce, przemieściliśmy się na birmańskie plaże Ngapali. W końcu miałam czas na prasówkę, co uwielbiam robić w podróży. Oczywiście mogę przeczytać tylko to, co po angielsku uszykowano dla turystów. Prasa jest rządowa, a taka zawsze najwięcej mi mówi o lokalnej sytuacji. I tak, każdego dnia rządowa gazeta donosiła o kolejnych spotkaniach Lady, a to z Prezydentem Japonii, a to Filipin a to o udziale w szczycie państw azjatyckich. Każdego dnia Lady dzieliła czołówkę z sytuacją w stanie Rakhine, gdzie według relacji rządowej gazety dzieci wracały do szkół po zamachu terrorystycznym z 25 sierpnia przeprowadzonym przez terrorystów Rohingha (!). Tak donosiła prasa. Nie było w niej ani o tym, że dzieci muzułmańskie nie wróciły do szkoły, ani o czystkach etnicznych, za to codziennie artykuł o tym jak rząd naprawia sytuacje a to zbierając porzucone plony, a to wprowadzając dokumenty tożsamości. Poza tym w jednym z okręgów, departament rozwoju wsi zasponsorował kurs szycia dla dziewcząt ze wsi wiec cieszą się ze będą miały lepsza prace. Był w prasie tez akcent polski, artykuł o wystawie „czego nie mogliśmy wykrzyczeć światu” o realiach życia w getcie w Warszawie, która to wystawa była w tym czasie w stolicy naszego kraju.

A plaże Ngapali piękne, jeszcze nie zapełnione aż tak turystami, jak plaże Tajlandii, czy nawet Kambodży. Tutaj tez pożegnaliśmy się z Birmą z nadzieją, że jeszcze kiedyś wrócimy do ludzi, miejsc, odbędziemy nasz trekking nad jezioro Inle, tylko co tam wówczas zastaniemy?

 

 

Maria Pertek: Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Od niedawna blogerka.