Mjanma czy Birma?

Pierwszy raz usłyszałam o niej, gdy była Birmą. Telewizja Polska pokazywała wtedy piękny melodramat „Indochiny”. Potem był film Luca Bessona „Lady” o Aung San Suu Kyi, walczącej z dyktaturą wojskową. Lady była dla Birmy tym, kim Lech Wałęsa dla Polski. Potem były nasze wyprawy do Azji, zawsze gdzieś z Birmą w tle. Aż w końcu nadszedł ten czas, by się tam wybrać. W międzyczasie w Birmie zmieniło się dużo. Lady Aung San Suu Kyi lata po otrzymaniu Pokojowej Nagrody Nobla, okazała się nie być tak demokratyczna, jak widział Ją Zachód. A może po prostu walka z reżimem nie jest tak prosta jak wydawała się być po pierwszych zwycięstwach? Żadna podróż nigdy nie jest łatwa, ale ta była wyjątkowo trudna właśnie z uwagi na sytuację polityczną w kraju. Jechać czy nie jechać? To było nasze pytanie gdy po kilkumiesięcznych przygotowaniach, świat w sierpniu 2017 roku , ujrzał dramat ludu Rohingja. Kilka tygodni później pojechaliśmy. A jeśli ktoś chce poczytać więcej o nazwie kraju (to w końcu Birma czy Mjanma?) to odsyłam tu: http://www.polska-azja.pl/birma-myanmar-mjanma-czyli-rzecz-o-nazwach/ ja dalej będę się posługiwać nazwami zakorzenionymi w języku polskim.

 

 

Rangun

Rangun (Yangon) przywitał nas 35 stopniowymi upałami oraz paroma osobliwościami. Ta dawna kolonia brytyjska, miała do 1970 roku ruch lewostronny, zmieniony w jedną noc decyzją ówczesnego generała, któremu wróżbita przepowiedział prawicową rewolucję. Aby ubiec wyimaginowanego prawicowego wroga, generał sam zrobił „prawicową rewolucję” i w jedną noc zamienił ruch lewostronny na prawostronny uznając, że w ten sposób rewolucja się właśnie odbyła. Sęk w tym, że wszystkie samochody tutaj są stare i z kierownicą z prawej strony. I teraz auto prowadzą dwie osoby – kierowca i pilot, który przy wyprzedzaniu wychyla się i informuję kierowcę o możliwości zmiany pasa ruchu. I tak tutaj jeżdżą. Ale za to, przynajmniej generał był bezpieczny… Z uwagi na ten chaos, rząd zakazał też prowadzenia skuterów, niezwykle popularnych w Azji. I tak, jedyne 5 skuterów, jakie widzieliśmy w Rangunie, należało do Policji… poza tym ani jednego. Kiedy byliśmy w Rangunie, trwało tam  święto, związane z zakończeniem pory deszczowej. Ludzie przychodzili do świątyń zwanych pagodami i składali podziękowania Buddzie. Pagód jest niezliczona ilość, pierwszego dnia  odwiedziliśmy piękną pagodę Szwedagon, która ma już 2500 lat. Wzniesiona na wzgórzu, dla wygody wiernych można się dostać do niej ruchomymi schodami (!). Gdy tak szwendaliśmy się po Rangunie, ludzie pokazywali na Ninkę palcami i się do nas uśmiechali, czasem śmiali. Po czasie stało się jasne, że nie uświadczy się tutaj dzieci w wózku, a dzieci w wózku i ze smoczkiem to już w ogóle. To było dla nich tak atrakcyjne, że wszyscy chcieli sobie robić zdjęcie z Ninką i wózkiem, a najlepiej jakby jeszcze Iwo stanął z boku. Momentami tłoczyło się wokół dziecka kilkanaście osób z wyciągniętymi telefonami (!) Dzieciaki w roli gwiazd nie czuły się dobrze, może kiedyś zatęsknią, na dziś, ta rola nie dla nich😊

 

 

Rangun nocą

W Rangunie nocą kwitnie życie straganowe, jak to w większości miast azjatyckich. Przy małych plastikowych stoliczkach jedzą całe rodziny i całe rodziny tez pracują na straganach. Bardzo często małe dzieci pomagają rodzicom, albo po prostu są z nimi, gdy rodzice są w pracy, gotując jedzenie na ulicy. A na ulicy sprzedają wszystko, mydło i powidło. Największym zaskoczeniem były małe ptaszki stłoczone po kilkadziesiąt sztuk w małych klatkach, i miski pijawek na sprzedaż. Ustawione przed świątyniami. Zastanawiałam się kto to kupuje, a chwilę potem zobaczyłam starsze panie, które zapłaciły za kilka ptaszków i wypuściły je na wolność. Może nawet pomyślały jakieś życzenie?? Miski z pijawkami pozostają nadal tajemnicą. Hałas w nocy, podobnie jak za dnia nie ustaje. Trąbi się tutaj przy zmianie pasa ruchu, trąbi na pieszego na nielicznych pasach i wszędzie, bo pieszy to przeszkoda do ominięcia, choćby stał na środku ulicy, trąbi przy wymijaniu i mam wrażenie, że ogólnie by wyrazić swoją frustrację. Nie jest to pojedynczy sygnał, ale długie trąbienie, które na długu jeszcze dzwoni w uszach… a w samochodach – jak to w Azji-  standardem są 4 osoby na tylnej kanapie, trzy z przodu i jeszcze dwie upchnięte w bagażniku. Przyzwyczajeni do europejskich rygorów, doświadczeni azjatyckimi standardami i tak nigdy nie  możemy przestać się dziwić. Na zdjęciach, poza życiem nocnym, kolejna pagoda (Sule Pagoda).

 

 

W poszukiwaniu czasów kolonialnych

Kolejne przedpołudnie upłynęło pod znakiem czasów kolonialnych. Szukaliśmy architektury tamtych lat i się nie zawiedliśmy. Naszą wycieczkę zaczęliśmy od kultowego Strand Hotelu, który został wybudowany przez tego samego właściciela co the Raffles w Singapurze, oba świetne na popołudniowe drinki, w razie potrzeby można też przed południem…Klasyczną budowlą kolonialną było też biuro telegraficzne(!), dawny budynek Sądu Najwyższego (teraz sąd ten przenieśli już do nowej stolicy) oraz potężny budynek Sekretariatu, w którym ulokowane były najważniejsze urzędy kolonialne, a w którym to urzędował też generał Aung San, ojciec dzisiejszej przywódczyni i twórca niepodległej Birmy (zginął w zamachu). Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o lokalny market, ale wycieczka tak nas zmęczyła, że wszystko na co mieliśmy jeszcze siły, to wsiąść do pociągu i to nie byle jakiego. Circular Line – trzygodzinna jazda w stylu, o który już dziś naprawdę ciężko. Otwarte drzwi, jakieś 40 km/h, i tylko miejscowa ludność (turystów w pociągu  można tu na palcach jednej ręki policzyć). Przez pociąg przewijali się sprzedawcy a to oranżady zamrożonej, a to winogron, a to torebek na ramię, a to wody, a to miliona innych gadżetów, niezbędnych do przetrwania w upale. I podczas, gdy jednych z nas monotonia stukotu kół po trudnej wycieczce uśpiła, inni nawiązywali prawdziwe przyjaźnie polsko-birmańskie, a jeszcze inni wszystko uwieczniali.

 

 

Mandalay

A tymczasem przemieściliśmy się 700 km na północ od stolicy i wylądowaliśmy w Mandalay. Z jednej strony milion stup i pagód w całej Birmie, a z drugiej jeszcze w 2005 roku Stany Zjednoczone wymieniały Birmę wśród „Bastionów Tyranii”, razem z Koreą Północną, Kubą, Białorusią, Zimbabwe i Irakiem. W tym samym roku, bez żadnej zapowiedzi, generał Than Shwe przeniósł stolicę Birmy z największego miasta, Rangunu, do niewielkiego miasteczka w centrum kraju. Gdy byliśmy w Rangunie, mijało dokładnie 12 lat od tego wydarzenia a datę 6 listopada o godzinie 6:37 wyznaczył osobisty wróżbita generała. Ta decyzja zszokowała wszystkich, najbardziej chyba urzędników państwowych, którzy z dnia na dzień musieli przenieść się setki kilometrów dalej, do Naypyidaw, czyli „królewskiego miasta”, które się dopiero tak naprawdę budowało. To było sztuczne, nowe miasto z rzeszą urzędników państwowych i garstką mieszkańców. Z autostradą z siedmioma bodajże pasami ruchu i pojedynczymi samochodami w ciągu dnia. Do stolicy nie dojechaliśmy, zwiedziliśmy za to Mandalay, gdzie jak w całej Birmie, ludzie byli  bardzo mili i nadal chcieli nieustannie fotografować się z dziećmi. Iwo bardzo chętnie spełniał te prośby, a Nina najczęściej odmawiała. W Mandalay przybyło za to turystów. W 6-milionowym Rangunie byli niewidoczni, tutaj mijaliśmy się z nimi na każdym kroku.

 

 

Pagody, pagody i jeszcze raz pagody

A na naszej drodze pojawiła się Kuthodaw Paya, pagoda w której znajduje się największa „książka” na świecie: marmurowe płyty z naukami Buddy czyli Tipitaka. 729 płyt z marmuru na których zapisano miliony słów(!). Sandamuni Paya z kolei mieści 1774 płyty, na których umieszczono komentarze do Tipitaki. Było więc co podziwiać. Do tego jeszcze piękne Wzgórze Mandalaj z którego rozciąga się widok na miasto. Na wzgórzu oczywiście kolejna pagoda😊

 

 

Jeszcze więcej pagód

W dalszej podróży wybraliśmy się do wioski Mingwan, słynącej z dwóch pagód i jednego dzwonu. Nie byle jakiego, bo drugiego na świecie jeśli chodzi o wielkość (największy jest w Moskwie). Wielkie wrażenie zrobiła na nas Mingun Paya, niedokończona w swej budowie pagoda, z imponującymi pęknięciami, pozostałościami po trzęsieniu ziemi w XIX wieku. Do tej pagody był przeznaczony wielki dzwon, ale czekając na ukończenie pagody, nigdy nie zdążył tam zawisnąć… zmęczeni atrakcjami, korzystaliśmy z wiejskich taksówek, którymi były wozy zaprzęgnięte w woły. Przy okazji odwiedziliśmy też pracujących ciężko w upale rolników. Sadzili cebulę, a pole orali pod orzechy ziemne. Na koniec poszukaliśmy ochłody w lokalnych wodach. Ale tak naprawdę chciałabym napisać o czymś zupełnie innym. O Lali. Była jednym z dzieci, które usiłowały nam coś sprzedać przed świątynią. Jednym z tych dzieci, które biegają za turystami, by im sprzedać piękne kwiaty na ofiarę dla Buddy albo kadzidła. Jedni ignorują ich prośby i idą w milczeniu dalej, inni opędzają się od nich stanowczym nie, nieliczni kupują kwiaty do świątyń i kadzidła. Nina i Iwo uwielbiają zapalać kadzidła i wieszać kwiatki dla Buddy (a także wrzucać datki do szklanych pudeł, co nazywają głosowaniem) więc co nieco kupiliśmy od Lali. Od tego momentu Lala nie opuszczała nas na krok, inne dzieci pobiegły sprzedawać towary innym turystom, a Lala towarzyszyła nam w ponadgodzinnym obchodzie świątyni i nie tylko. Była jedną z tych dziewczynek ciekawych świata, które pomimo swej nieśmiałości, podążały za tym co je zainteresowało. Szła w milczeniu, ale bardzo chętnie odpowiadała na wszystkie pytania. Miała 9 lat i właśnie dwa dni wolnego od szkoły. Dzięki Niej, zupełnie przez przypadek ktoś otworzył dla nas szkołę, w której dzięki prowadzącym projekt Niemcom, dzieci uczą się obsługi komputera i angielskiego. Wszystkie laptopy w szkole przykryte były obrusami, by się nie zakurzyły. I dawno nie widziałam dziecka tak dumnego z siebie i rozpromienionego, gdy pochwaliłam Lalę za Jej angielski. To było naprawdę piękne przedpołudnie. Dzięki Lali.

 

 

W drodze do Królestwa Paganu

Drogi w Birmie to koszmar podróżnika i zwyczajna codzienność mieszkańców. Zakurzone, dziurawe, wąskie z wyprzedzaniem na trzeciego i czwartego. Chcesz jechać na wprost? Włączasz światła awaryjne. Pierwszeństwo? Kto pierwszy na skrzyżowaniu, ten pierwszy skręca bądź jedzie na wprost. To jest podstawowa zasada ruchu. Wyprzedzasz? To trąbisz. Mijasz, omijasz, dziękujesz za coś, bądź wkurzasz się, to też trąbisz. Pokonaliśmy 179 km z Mandalay do Baganu. Zajęło nam to cały dzień. Cały dzień wzdłuż zakurzonych straganów, domostw zbudowanych ze sprasowanych (a raczej obitych kijem) bambusów i dachów z liści bananowców. Czasem asfalt, czasem szuter. Zawsze kurz i uśmiechnięci ludzie. Przystanęliśmy przy świątyni wzniesionej na górze wulkanicznej (Mount Popa). Widok na nią był nieziemski. Zamieszkuje ją 37 Natów czyli istot duchowych, które zgodnie z wierzeniami Birmańczyków, żyją pośród ludzi. Nat może spowodować, że coś złego stanie się człowiekowi, zaś zjednany sobie przez człowieka, będzie jego strażnikiem i obrońcą. Dlatego składa się mu dary, bardzo często tez używki, takie jak alkohol, betel, ale też piklowane liście herbaty, banany czy ryż. Trochę się tych Natów wystraszyliśmy, tymczasem przyszło nam się zmierzyć z małpami. Uzbrojeni w patyki ruszyliśmy pokonać 777 (siódemka to tutaj szczęśliwa liczba) stopni na górę. Podzieliliśmy się na zwiady i tył pełniący funkcję obronną. Odparliśmy zwycięsko atak jednej małpy, a były tysiące. Reszta już nawet do nas nie podeszła, choć zastawiły na nas mnóstwo śmierdzących min, które musieliśmy ominąć. A jeszcze dodam, że do każdej świątyni ( w tym na schody, nawet jeśli jest ich 777 usłanych małpimi minami) wchodzi się bez butów.

Drugą część tej historii – Birma cz.2 od Królestwa Paganu porzez Kalaw po plaże Ngapali przeczytacie tu.

 

Maria Pertek: Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Od niedawna blogerka.