fbpx

Może to baśnie z dzieciństwa, których treści już nie pamiętam, pozostawiły we mnie obraz Sindbada Żeglarza, lampy Alladyna czy latających dywanów, a może to współczesne zdjęcia podróżników ukazujące piękno piaszczystych plaż, majestatycznych gór i bezkresnej pustyni, uwiodły swą urodą i zaprowadziły na kraniec Półwyspu Arabskiego. Tego do końca nie wiem, ale jeśli ktoś chciałby poczuć autentyczną magię Orientu, to zdecydowanie Sułtanat Omanu jest krajem, który warto odwiedzić. My przemierzyliśmy Oman terenowym samochodem 4×4 i z dwójką małych dzieci – jedno 11 miesięcy, drugie lat  4.  W listopadzie 2015 roku, Oman przywitał nas niezwykłą gościnnością, temperaturami w okolicach 36o C, zapachem kadzideł i trudnościami w odnalezieniu się w centrum stolicy – Maskacie.

W naszej trzytygodniowej podróży zwiedziliśmy Maskat, Nizwę, niezliczoną ilość wadi (wyschniętych koryt rzek, które w porze deszczowej lepiej omijać z daleka), nadmorski Sur oraz pełne tajemnic góry Al Jebel Ak Akhdar. Najpiękniejsze z tych miejsc, które pozostały w moim sercu do dziś,  opisuję  poniżej. A nasze zdjęcia z tamtej podróży mogą jedynie stanowić dowód postępu, jaki poczyniłam w fotografowaniu?

Maskat

W Maskacie nie sposób przejść obojętnie obok Wielkiego Meczetu Sułtana Kabusa Ibn-Saida, to prawdziwy architektoniczny majstersztyk. Godziny zwiedzania dla niewiernych są tylko wczesnoporanne. A w środku prawdziwe cuda. Żyrandol, którego piękna nie oddają żadne zdjęcia,  14mx8 m, gigantyczny perski dywan z Iranu 60mx70 m tkany przez 600 kobiet przez 4 lata. Łącznie blisko 40 pomniejszych żyrandoli ze złota i kryształów Swarovskiego. A to wszystko w sąsiedztwie pięknych marmurów, misternych mozaik i ogłuszającej ciszy poranka. Wielki jest też Sułtan Kabusa Ibn-Said, autentycznie poważany i wielbiony przez Omańczyków. Z opowieści mieszkańców, za każdym razem wyłania się obraz władcy mądrego, który przeprowadził niezwykłą transformację swojego kraju przez ponad 40 lat swoich rządów. Można powiedzieć, że zastał kraj zacofany, w którym było 10 km dróg asfaltowych, jedna szkoła wyższa, dwa szpitale, nierozwiązane konflikty graniczne ze wszystkimi sąsiadami, zaś poprzez bardzo konkretną wizję państwa, bazującego na dochodach z ropy naftowej, odczuwalnie zmodernizował kraj. Jest to chyba jedyne państwo, które odwiedziliśmy do tej pory, w którym czuć było nieprzymusowe uwielbienie dla władcy, którego wizerunek przyozdabia nie tylko gmachy instytucji państwowych, ale też jest widoczny w sklepach i domach pośród zdjęć rodzinnych.  Na tradycyjnym suku (targu) w Maskacie, słychać było wyraźne głosy uwielbienia, ale też troskę o to, w jaką stronę podąży kraj po śmierci swojego ukochanego monarchy, która kiedyś niewątpliwie nastąpi. Póki co, na suku unosił się zapach kadzideł i mirry, powiew Orientu i zero turystów. W porównaniu z najbardziej chyba znanym targiem w Marakeszu, ten był mały, ale za to jakże autentyczny. Kadzidła, dywany, tradycyjne ubrania, laski do poganiania bydła, szale z kaszmiru, kufry jak u Sindbada, mydło i powidło… W Omanie obowiązuje łagodna odmiana islamu, kobiety często mają tylko nakrycie głowy, prowadzą samochody, wychodzą same wieczorem. Bardzo częstym widokiem są mężczyźni z dziećmi na ręku, zaś coraz rzadszym kobiety w masce na twarzy, wykutej z jakiegoś metalu, zasłaniającej całą twarz, z wyciętymi otworami na oczy. Takie maski potrafią być też z prawdziwego złota. Niezależnie od tego z czego są, wyglądają przerażająco.

 

Góry Al Jebel Al Akhdar.

Do niedawna niedostępne dla publiczności. Dziś można eksplorować do woli, choć turystów niewielu. Wjazd tylko samochodem 4×4, co u podnóża gór jest skrupulatnie odnotowywane przez miejscową straż. W ciągu całego dnia mijaliśmy zaledwie kilkanaście samochodów. Najbardziej wyludniony i dziki fragment kraju. Przestrzeń, cisza, opuszczone wioski, zaludnione wsie i piękne wadi (suche koryta rzek).  Niektóre miejsca opuszczone przez ludzi zaledwie kilkanaście lat temu i gdy na nie patrzyłam, nie do wyobrażenia pozostawało, jak ludzie mogli tam żyć. Domostwa o wielkości  dwa metry na dwa, w porywach dochodzące do trzech metrów, porastały kamienne zbocza gór, do tego jedna łaźnia i mały meczet na takie skupisko. Krajobraz surowy, nieprzyjazny człowiekowi, niewyobrażalnie trudny do zamieszkania. W wyniku transformacji kraju, podwyższenia stopy życiowej, te kamienne chaty opustoszały, a ludzie przenieśli się do większych i bardziej cywilizowanych domów, ale nie było to dawniej niż zaledwie kilkanaście lat temu… W innej, dla odmiany  zamieszkałej wsi, napotkaliśmy mężczyzn wychodzących z meczetu, którzy zaprosili nas na kawę i słodkie daktyle maczane w sosie pistacjowym. Byli ciekawi Polski równie mocno, jak my Omanu i ich życia. Opowiedzieli nam, że żyje się im dobrze, choć mają niełatwych sąsiadów- Jemen, Arabię Saudyjską, czy Iran przez morze. Twierdzili, że ich społeczeństwo umie rozmawiać ze sobą, niezależnie od regionu z którego dana osoba w Omanie pochodzi i dlatego ich kraj jest pozbawiony napięć politycznych. Byli bardzo mili i cały czas dolewali kawy, chociaż dziękowałam, tłumacząc, że już nie chcę. Na koniec spotkania dowiedziałam się, że jeżeli nie chcemy czegoś już więcej pić, to trzeba koniecznie potrząsnąć filiżanką, jakby się wylewało resztki. To znak że koniec z dolewkami. Cóż, całe życie się człowiek uczy, że co kraj to obyczaj:)

Zdjęcie 9155

Wadi Shab

W tej podróży bohaterami były nasze dzieci, które odważnie i bez żadnego marudzenia wzięły udział w naprawdę trudnej wyprawie do Wadi Shab. Wadi to wyschnięte koryta rzek. Jak lunie, to nie ma zmiłuj; co na drodze, to jest zalane. Nasza wyprawa rozpoczęła się od dramatycznej walki z kozami o torbę z jedzeniem dla dzieci, zaś po wygranej bitwie czekała nas krótka przeprawa łodzią na drugi brzeg wadi     i dalej w drogę samemu. A droga była kręta, urwista, skalista, pokonywana przy wysokich temperaturach, ale za to niezwykle malownicza, pełna przygód i zakończona nadzwyczaj pięknymi jeziorkami, w których pływaliśmy w pełni zasłużenie po naszej wędrówce. Byłam przekonana, że ze względu na trudność, temperaturę i dzieci, nie uda się nam jej pokonać do końca i gdzieś będzie trzeba powiedzieć sobie koniec i kropka i po prostu zawrócić, ale okazało się, że było tak ciekawie, że dzieci dały radę. Owszem, droga w jedną stronę zajęła nam blisko 3 godziny, podczas gdy innym jedną, ale odpoczywaliśmy w cieniu i moczyliśmy dzieci w wodzie. Cały wyc tej wycieczki polegał na tym, by tam gdzie inni już zawracają, na ostatnim niemalże jeziorku, odnaleźć dalszą drogę do kolejnego i jeszcze kolejnego, a w naprawdę już ostatnim, mały przesmyk, w zasadzie taki trójkącik, o którym nikt przy zdrowych zmysłach by nie pomyślał, że można się pod nim przecisnąć i tunelem powstałym przez nałożenie się dwóch kamieni na siebie, przepłynąć pod tymi głazami do laguny z wodospadem. Na wodospad można się było wdrapać (były liny) i skakać do wody. Taka atrakcja w środku wadi! Mina dzieci bezcenna, radości wodnej nie było końca. Po drodze minęliśmy osły, które transportowały niestety, ale śmieci pozostawione przez turystów. Bardzo trudna wycieczka, zakończona pełnym sukcesem!

Zdjęcie 64

Nizwa

Nasza karawana ruszyła dalej, zostawiając piękne góry Al Jebel Ak Akhdar. Poruszanie się po Omanie jest dość przyjemne, drogi są bardzo dobre, choć krajobraz za oknem raczej monotonny – albo piaski, albo góry, albo szutry. Jest tu bezpiecznie – nie tylko brak alertów na stronach MSZ, ale też nie miałam poczucia zagrożenia. No może z wyjątkiem jednego razu, jaki nam się przydarzył podczas zwiedzania Nizwy, żeby było straszniej – kolebki islamu, skąd wieki temu imami walczyli z sułtanem tego kraju o władzę. Otóż podczas zwiedzania suku (targu) kóz i starożytnego fortu, zauważyliśmy że chodzi za nami chłopak i nie odstępuje nas na krok. Albo nas wymijał, by zaraz wyłonić się z uliczki obok, albo jak złowieszczy cień pojawiał się nagle za nami. Mieliśmy swojego anioła stróża. Cóż on oznaczał, nie wiem do dziś, może byliśmy dla niego atrakcją, a może coś chciał. Poza tym incydentem, nie miałam ani przez chwilę poczucia zagrożenia. Ludzie byli niesłychanie mili i gościnni. A nasza dalsza droga miała nas zaprowadzić z Nizwy na pustynię, by spróbować czegoś co się nazywa „dune bashing” czyli jazdy po wydmach. Niestety, jak to w podróży bywa, coś poszło nie tak… na pustynię wjechaliśmy zbyt późno, było już ciemno, zaś jazda po piasku, to jak pływanie z poluzowanym sterem. Coś jakby luz w kierownicy, koła idą w prawo, kręcisz w lewo, za chwilę „załapie” o jaki kierunek jazdy chodziło. Sorry fachowcy, takie odczucie laika:) za to wydmy przepiękne, wysokie nawet na kilkadziesiąt metrów. Piasek przyjemny, cieplutki i miałki, jak chodziłam po nim, to nogi zapadały się do więcej niż połowy łydki. Przez późną porę, zamiast wymiatania po wydmach, pozostała nam kolacja gdzieś pośrodku Wahiba Sands, niesłychanie gwiaździste niebo i uczucie ulgi, gdy wracając przez piaski pustyni zobaczyłam światełka ludzkości w oddali…

Bimmah Sink hole

To dosłownie dziura w ziemi, do której wpadliśmy dla ochłody. Była szmaragdowa, turkusowa i błękitna. Otoczona morzem z jednej i górami z drugiej strony. Po prostu musieliśmy się wykąpać. Woda była słona i pełna rybek. Darmowe fish spa. Dzieciaki ciągnęły do wody, a jako że to kraj muzułmański, to pozostała mi kąpiel w tym, co właśnie miałam na sobie. Taka dodatkowa atrakcja, za to w poszanowaniu dla kultury gospodarzy. I w tej pięknej głębokiej dziurze, pośrodku wyschniętej ziemi wypalonej słońcem,  usłyszałam od syna „mamo, ja się niczego nie boję, jak jesteś przy mnie”. Czy jeszcze ktoś ma wątpliwości, że dzieci warto brać w dalekie podróże?

Chociaż od naszego wyjazdu minęło już sporo czasu, to jednak ludzie Omanu pozostali w naszej pamięci dzięki ich gościnności i  bezinteresownej ciekawości drugiego człowieka. Na hasło Oman jesteśmy gotowi pakować się i odkryć to, czego jeszcze nie zobaczyliśmy i nie doświadczyliśmy.  Gotowi powrócić do krainy niesamowitych zapachów, wielkiej przestrzeni, nad którą cały czas unosi się niczym niezakłócony, niesamowity klimat z Baśni 1001 nocy.

Oman pozostanie w naszych sercach i pamięci na długo. Zapach mirry i kadzideł unoszący się w powietrzu, orientalnych przypraw i niesamowitych widoków wypływają spod przymkniętych oczu. To raj dla miłośników 4×4 (benzyna po 1,1 zł za litr!), wodnych szaleństw, trekkingu, wyścigów na wielbłądach, windserfingu czy żeglowania. Sułtan Qaboos Bin Said w roku naszej wizyty, wrócił z Europy po wielomiesięcznym leczeniu. Ludzie wówczas wylegli na ulice by cieszyć się z jego powrotu do kraju i to świętować. Ten władca autentycznie jest tu kochany za to co robi na rzecz pokoju na Bliskim Wschodzie i rozwoju Omanu . Każdy zadaje sobie pytanie co będzie gdy go zabraknie i w jakim kierunku pójdzie Państwo. Bardzo bym chciała by moje dzieci kiedyś za lat 20 mogły tu wrócić i chodzić tak swobodnie jak my dziś. Wielu ludzi napotkanych w drodze było zdziwionych, że jesteśmy w ich kraju turystycznie. Każdy pytał czy tu pracujemy, gdyż nie mogli uwierzyć że przyjechaliśmy ot tak w odwiedziny. Dziękowali mi że wybraliśmy ich kraj! Wielu pytało dlaczego Oman? Otóż w naszych podróżach inspiracją może być wszystko, wzmianka w gazecie, ciekawe zdjęcie, zasłyszane nazwa. W tym wypadku było tak, że kolega powiedział, że jego kolega Polak jest szefem funduszu inwestycyjnego w Omanie. Zapaliło mi się wtedy czerwone światełko, Oman, a gdzie to, a co to? I tak zaczęła się ta podróż.

 

 

Maria Pertek: Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Od niedawna blogerka.