fbpx

O tym jak to się stało, że wylądowałam w Indiach

 

Są dwa państwa na świecie, których jakoś nigdy nie było na mojej liście miejsc do odwiedzenia. To Indie i Chiny. Choć każde z nich ma do zaoferowania dużo, bogatą kulturę, historię, piękną przyrodę i ciekawych ludzi, to jakoś nigdy mnie do nich nie ciągnęło. Dlaczego? Nie wiem, choć się domyślam? Mam bardzo silną intuicję podróżniczą, co do miejsc w których myślę, że będę się czuła dobrze i takich, o których myślę, że niespecjalnie są dla mnie, no chyba że 15 lat temu… Zawsze czytam dużo o kraju, miejscu które chciałabym odwiedzić i już wiem, czy to dla mnie, czy nie. Łapię mimochodem relacje innych podróżników, czytam dużo książek. Także o Indiach (mniej o Chinach). Czułam, że to niekoniecznie jest kraj dla mnie, dlatego nie planowałam tutaj przyjechać.

Ale…

Kilka lat temu poznałam we Wrocławiu Marię i Michała, którzy zajmują się zawodowo ajurwedą. Byłam u Marysi na konsultacjach ajurwedyjskich, odbyłam też online dwa kursy związane z ajurwedą. Konkretnie, szukałam po porodzie rady, jak zrzucić ponad 30 kg (tak, tyle przybyło mi w  pierwszej ciąży, a w drugiej jeszcze więcej) bez jakichś koszmarnych diet, które u mnie nigdy się nie sprawdzały. Potrzebowałam zmian w nawykach żywieniowych i pewnych porad, a nie diety ułożonej co do grama. Moje doświadczenie jest bowiem takie, że wszystko zaczyna się w głowie, a to co na talerzu jedynie to odzwierciedla. Do tego jako młoda matka, starałam się łączyć obowiązki zawodowe i prywatne jak najlepiej a wszyscy przecież wiemy, że doba ma tylko 24 godziny… Na dokładkę dochodziło olbrzymie zmęczenie, gdyż Ninka przez pierwsze trzy lata swojego życia nie przespała ani jednej nocy a wraz z nią, my rodzice. Na to wszystko złożyła się budowa domu, gdy urodziła się Nina. A jeszcze byłam i jestem bardzo czynna zawodowo, mam kancelarię prawną, która obsługuje duże przedsiębiorstwa.

I wtedy odkryłam to, co wiedziałam zawsze. Że jestem bardzo dzielna. Tak właśnie mogłabym siebie określić. Spałam po kilka godzin, by klienci mieli wszystko na czas, zarządzałam  współpracownikami,  pilnowałam robotników na budowie, zamawiałam na nią materiały, dbałam o dzieci, gotowałam, rozwijałam swoją firmę,  organizowałam nasze podróże, tylko już niestety dla mnie samej zabrakło czasu. Znikła też gdzieś uważność.

To musiało się źle skończyć. I wtedy Michał zaproponował mi panchakarmę. Było lato bodajże 2017 roku a ja przez 8 dni przeszłam u siebie w domu panchakarmę z Michałem. Miałam na nią tylko 8 dni, a stałam się innym człowiekiem. Nie tylko w wymiarze fizycznym, ale też mentalnym. Wyciszyłam się, zrezygnowałam z tego co zbędne. Niestety lato minęło, ja na wskazówkach Michała i Marysi pociągnęłam jeszcze kilka miesięcy i choć nie stosowałam się już do wszystkich zaleceń (z braku czasu, choć to tyko wymówka spowodowana nie wyrobieniem odpowiedniego nawyku), poukładałam sobie lepiej wszystkie obowiązki w swoim życiu. Latem 2018 roku znowu przeszłam krótką panchakarmę u siebie w domu. Nabrałam energii.

Aż nadszedł maj tego roku i Tomek wyjechał zawodowo do Kanady na 3 tygodnie. Zostałam sama z dziećmi. U klientów był bardzo gorący okres, a ja musiałam sama zawieźć i odwieźć dzieci do szkoły i przedszkola, pobawić się z dziećmi, odbyć wszystkie zaplanowane spotkania z klientami, przygotować transakcje, które jak na złość wyrosły jak grzyby po deszczu, skosić trawę, posprzątać dom, porobić zakupy, ugotować obiad, odstać swoje w korku… Znacie to?

Do tego wysokie tempo w pracy a ja nie palę, nie piję, niczego nie biorę? Pojawiło się za to inne uzależnienie – od cukru. Gdzieś od lutego tego roku, każdy posiłek musiałam zakończyć czymś słodkim i nie mogłam zerwać z tym uzależniaczem.

Byłam wykończona. Maria i Michał w międzyczasie wyprowadzili się z Wrocławia, a ja przypomniałam sobie o panchakarmie w Indiach, na którą nie miałam kiedy pojechać, a że dzieci miały zaplanowane 3 tygodnie nad morzem z Dziadkami, to w ciągu kilku dni zarezerwowałam terapię, pobyt i lot.  I poleciałam mając jako takie pojęcie czym jest ta panchakarma i co mnie czeka. Poleciałam z intencją zrzucenia zbędnego balastu, nie tylko w wymiarze fizycznym, ale też duchowym. W Ajurwedzie są 3 dosze, każdy rodzi się z tymi trzema doszami w określonych proporcjach. W ciągu naszego życia, proporcje tych dosz ulegają zaburzeniu, zmieniają się. Panchakarma ma przywrócić równowagę. Gdy się urodziłam i jeszcze przez  wiele pierwszych lat życia, moją dominującą doszą była Pitta – ogień, odpowiedzialna za bystrość umysłu, logiczne myślenie, zmysł przedsiębiorcy. Dzisiaj moja Pitta została przygnieciona do ziemi przez Kaphę? Podjęcie decyzji zajmuje mi więcej czasu, działam też wolnej. Brakuje mi tamtej siebie. Dlatego właśnie przyjechałam zrównoważyć te dosze i odzyskać swoją energię, myśl jasną niczym słońce i język cięty jak brzytwa? czy można to zrobić w 21 dni?  Nie wiem. Myślę, że 21 dni jest lepsze niż nic i zaczynam z tym, z czym mogę, nie czekam na więcej.

Nie jestem ekspertem od ajurwedy, więc napiszę Wam tylko, że to najstarsza na świecie nauka o zdrowiu. Przekonuje mnie do niej wiele, wszystko zaś co wiem, dowiedziałam się od Marii i Michała, znajdziecie ich na stronie www.agni-ajurweda.com, jeśli chcecie poczytać więcej, gdyż ja nie zamierzam opisywać ajurwedy (jeśli nauka ma ponad 5 tysięcy lat, to wiecie, że można pisać o niej kilometrowe eseje?). Natomiast jak już skończę panchakarmę, nie omieszkam Wam napisać na czym ona polegała, czy i co mi dała oraz  czy odczuwam w ogóle jakieś efekty.

Nie jestem tu jednak na wakacjach. Poza panchakarmą, mam swoją pracę, do której siadam po terapii. Dopiero potem zostają mi jakieś 3 godziny na spacer. Nie jest to idealne rozwiązanie, ale znowu – nie czekałam na lepsze – pojechałam na takich warunkach, na jakie sobie mogłam pozwolić.

No i tak dochodzę do końca tej opowieści, gdy oto wylądowałam w Dharamsali w stanie Himachal Pradesh. Nade mną Kaszmir (bardzo niespokojny stan), obok Pakistan i Chiny. Dharamsala jest połączona z McLeod Ganj, który jest głównym ośrodkiem tybetańskiej emigracji w Indiach. Tutaj też mieszka  XIV Dalajlama i znajduje się siedziba tybetańskiego rządu na uchodźstwie.

To teraz jak już wiecie, co mnie tu przywiodło i jakie są moje intencje, będę wdzięczna za słowo wsparcia lub komentarz, gdyż wszystko co napisałam jest dość osobiste, ale piszę o tym dlatego, że wielu z nas zmaga się z natłokiem spraw, w których gubimy siebie samego więc piszę Wam szczerze, jak ja staram się sobie w tym pomóc.

„Umysł jest wszystkim. Stajesz się tym, co myślisz.” To słowa Dalajlamy (bo kogóż innego miałabym cytować z miejsca jego zamieszkania?). Całe moje życie odzwierciedlają te słowa. Dlatego tu jestem.

Nie mam tak wiele czasu, jak bym sobie życzyła. Ale zaczynam dla Was codzienne relacje z miejsca, gdzie jestem. Mam 2-3 godziny dziennie na poznanie najbliższego otoczenia i o tym Wam będę pisać i pokazywać na zdjęciach. Mam nadzieję, że pomimo tych wszystkich ograniczeń poznacie trochę Dharamsalę i okolice. Dałam sobie kilka dni na przyzwyczajenie się do nowego miejsca i pierwsze spostrzeżenia. Teraz jestem już gotowa by pisać. Ale czy Wy jesteście gotowi na Indie?

 

 

zdjęcie znad basenu w New Delhi:) Basen był świetny, ale jak wygląda New Delhi niestety nie wiem

Maria Pertek: Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Od niedawna blogerka.