fbpx

Bilbao na weekend. City break inny niż wszystkie [Pełna galeria zdjęć na końcu wpisu]

 

Bilbao to spokojne miasteczko na północy Hiszpanii, wchodzące w skład wspólnoty autonomicznej Kraju Basków,  które ma kilka niezaprzeczalnych atutów, z których najważniejsze to Muzeum Guggenheima, Casco Viejo i pintxos. Dla chcących jeszcze kilka się znajdzie. Bardzo często mówi się o „efekcie Bilbao”, który związany jest z tym, że kultura i sztuka podniosły to miasto z upadku. Samo się to jednak nie zrobiło. Najpierw wybudowano Muzeum Guggenheima zaprojektowane przez gwiazdę światowej architektury Franka Gehry’ego, a potem zainwestowano w rewitalizację miasta i podniesienie poziomu życia jego mieszkańców (wodociągi, kanalizacja itp.). W zakresie sztuki Muzeum powstało we współpracy z Fundacją Salomona R. Guggenheima, tą samą która jest odpowiedzialna m.in. za Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku. Te wszystkie działania sprawiły, że dzisiaj Bilbao odwiedza ponad milion turystów rocznie. Czy warto tu przyjechać? Przekonajcie się sami😊

Jak dostać się do Bilbao

Z Polski nie ma bezpośrednich połączeń (według mojej najlepszej wiedzy), a najlepsze jakie znalazłam z Wrocławia były liniami Lufthansa z przesiadką w Monachium. Cały lot razem z przesiadką, w naszym wypadku trwał 4 godziny i kosztował 800 zł od osoby, ale nie szukaliśmy żadnych promocji. Z lotniska można wziąć taksówkę (koszt ok. 25 EUR ) lub autobus odjeżdżający co 15 min za 3 EUR.

PLAN NA BILBAO

Dzień pierwszy w Bilbao

My przylecieliśmy rano więc mieliśmy cały dzień na zwiedzanie. Poświęciliśmy go na Muzeum Guggenheima i Casco Viejo

 

 

Muzeum Guggenheima

Nie wiem jak Was, ale mnie strasznie irytuje hipokryzja związana z zakazem robienia zdjęć w muzeum. Otóż nie wolno. Nie chodzi o lampę błyskową, tylko ogólny zakaz. Dlaczego? Nikt w muzeum nie umiał mi wytłumaczyć, ale póżniej wyszukałam, że Muzeum Guggenheima uważa, iż robiąc zdjęcia, zwiedzający nie koncentrują się na sztuce i przeszkadzają innym. Z drugiej strony, co jakiś czas Muzeum Guggenheima zaprasza influencerów (to taki nowy zawód, polega na tym, że ma się duże zasięgi na wybranym kanale w social media, za pomocą którego można zareklamować różne produkty i influencerem jest ten, kto potrafi przekonać swoich fanów czy followersów do reklamowanych produktów, marek, miejsc itd.) których zadaniem jest porobienie fotek i zainteresowanie publiczności, aktualnymi zbiorami czy wystawami w Muzeum. Czyli fotografować można, ale tylko wybranym😊 Co o tym sądzicie, przeszkadzają Wam w Muzeum zdjęcia robione przez innych czy nie?

Muzeum ma absolutnie fascynujące kształty. To architektura Franka Gehry’ego, z piękną fasadą z tytanu, wapienia i szkła. Wokół muzeum znajdują się imponujące rzeźby: Mamam  rzeźbiarki Louise Bourgeois (pająk symbolizujący jej matkę i macierzyństwo jako takie), Tulipany Jeffa Koonsa , kilkunastometrowa rzeźba tego samego autora Puppy czyli szczeniak pokryty rosnącymi na konstrukcji kolorowymi bratkami czy Tall Tree and the Eye rzeźbiarza Anisha Kapoor, przedstawiające zawieszone na konstrukcji srebrne kule ze stali węglowej i stali nierdzewnej. Na zewnątrz jest jeszcze rzeźba Daniela Burena, będąca częścią mostu La Salve Bridge nad rzeką Nervion, ale przyznam Wam się szczerze, że nie wiem co jest częścią mostu, a co rzeźbą😊

Z zewnątrz Muzeum imponuje  pięknem architektury i komponuje się z otoczeniem w sposób absolutnie doskonały. Wielu pytało mnie, co mi się bardziej podobało – Muzeum z zewnątrz, czy sztuka w środku. I niestety muszę powiedzieć, że architektura przyćmiła sztukę w środku, czym na miejscu Muzeum Guggenheima martwiłabym się bardziej aniżeli zdjęciami robionymi przez zwiedzających.

Może na mój osąd wpłynął fakt, że całe drugie piętro było wyłączone ze zwiedzania w związku ze zmianą wystawy, a może było to bez wpływu. Tego na razie się nie dowiem, więc napiszę Wam, co mi się podobało. Przede wszystkim monstrualne rzeźby Richarda Serry The Matter of Time. Osiem rzeźb wykonanych ze stali wyglądającej jak stal kortenowska – spirale, owale i inne formy, pomiędzy którymi można było chodzić, gubiąc się czasem w ich labiryncie. Dla mnie wspaniałe! Bardzo podobało mi się również malarstwo Anselma Kiefera, które widziałam chyba po raz pierwszy, a bardzo mnie poruszyło. Poza tym pojedyncze obrazy jeszcze kilku malarzy, jak m.in: Jean -Michel Basquiat, Andy Warhol, Mark Rothko. W Muzeum trwa też wystawa zatytułowana „VAN GOGH TO PICASSO: THE THANNHAUSER LEGACY”. Niestety mnie nie zachwyciła. Może dlatego, że jestem świeżo po odwiedzeniu bogatej kolekcji obrazów Van Gogha w Muzeum Van Gogha w Amsterdamie, a także niedawnej – jakże interesującej wystawy w Tate Modern w Londynie – „Picasso 1932: Love, Fame, Tragedy” i ta wystawa przy nich wypada niestety dość blado…

Ale, ale, żebyście mnie źle nie zrozumieli – było warto, choć mogłoby być ciekawiej w środku! Nie sądzę by kiedykolwiek w Muzeum przeczytali mój wpis, więc mam nadzieję, ze jeszcze mnie tam kiedyś wpuszczą, bym mogła sprawdzić rzetelność swojej opinii. Wstęp kosztuje 13 EUR, chyba że ktoś jest studentem lub ma powyżej 65 lat, wówczas połowę tej ceny. Dzieciaki do lat 12 nie płacą. Na końcu w galerii zamieszczam kilka zdjęć zrobionych zanim mnie poinformowano, że nie wolno.

Pełny opis  kolekcji dzieł znajduje się tutaj: https://www.guggenheim-bilbao.eus/en/the-collection/

 

 

Casco Viejo

To część miasta wyznaczona przez siedem uliczek, które wybudowane zostały jeszcze w XIV wieku. Tak naprawdę jest ich więcej, bo poza siedmioma głównymi, są jeszcze ich łączniki. Urocze, wąskie, można się zagubić w kontrolowany sposób i poczuć klimat hiszpańskiego miasteczka. Jedną z  centralnych części Casco Viejo jest plac – Plaza Nueva. To królestwo tutejszych kanapeczek zwanych pintxos. Jest to miejscowa wersja hiszpańskich tapas. Na Plaza Nueva w niedzielny poranek odbywa się też mały pchli market z używanym towarem (książki, płyty, ciuchy itp.) a nieco dalej na Plaza del Arenal też w niedzielny poranek targ z kwiatami. Pachnie pięknie. Casco Viejo to też mnóstwo barów, kafejek, restauracji i sklepików. Tutaj znajduje się również – ponoć największy w Europie –  uroczy targ spożywczy Mercado de la Ribera, pozycja obowiązkowa dla wszystkich foodies! Na Starym Mieście znajdziecie też gotycką katedrę Catedral del Santiago z zapraszającym do środka imponującym renesansowym portalem. Dobrze jest przeznaczyć na Casco Viejo kilka godzin, by poczuć ten niespieszny hiszpański klimat😊

Dzień Drugi – jedziemy nad Zatokę Biskajską!

Dzień wcześniej, na miejscu w wypożyczalni aut SIXT zamówiliśmy sobie samochód (najniższy koszt auta 84 EUR/1 dzień z pełnym ubezpieczeniem). Wypożyczalnia mieści się 5 minut piechotą od Muzeum Guggenheima przy Euskadi Plaza 4. Nasz plan na ten dzień obejmował malowany las w Oma (painted forest Oma), Gaztelugatxe – skalistą wyspę w Zatoce Biskajskiej i podwodną winnicę Crusoe Treasure, której ostatecznie nie udało nam się odwiedzić i w zamian wylądowaliśmy w uroczym Getxo. Kiedyś miejscu wielu ataków ETA, dzisiaj miejscu, w którym bogatsi Hiszpanie posiadają domy wakacyjne.

Painted forest Oma – czyli malowany las

Nie tak łatwo do niego trafić. Najpierw jechaliśmy według nawigacji i trafiliśmy na uroczą ścieżkę pośrodku lasu z dużym znakiem painted forest Oma. Niestety, gdy już wygramoliliśmy się z samochodu, doczytaliśmy, że to nie jest droga do painted forest OMA😊 Zgodnie z mapką, która wisiała obok, właściwa droga wiodła przez miejscowość Kortezubi. Mieliśmy przeczucie, że ta „niewłaściwa” też by nas zaprowadziła do malowanego lasu, ale z braku czasu tego nie sprawdziliśmy.

Las w latach 1983-1991 pomalował hiszpański artysta Augustin Ibarrola. Wygląda nawet dość ciekawie. Na murawie leśnej w kilku miejscach są przybite stanowiska z numerkami. Gdy się na nich stanie i popatrzy w odpowiednim kierunku, to optycznie drzewa się łączą ze sobą, przedstawiając większe malowidło. Myślę, że to fajna zabawa także dla dzieci.

Droga do malowanego lasu wiedzie nomen omen przez las i jest dość urocza ze stromym zejściem i podejściem na końcu. Zajmuje ok. 1 godziny w jedną stronę. Tak więc na malowany las warto przeznaczyć 3 godziny. Atrakcja jest darmowa. Nie zapomnijcie zabrać ze sobą wody!

Nasza dalsza droga do Gaztelugatxe, prowadziła przez Mundakę. To kultowa miejscówka surferów nad Zatoką Baskijską, choć my ich tam akurat nie widzieliśmy. Za to warto zatrzymać się na chwilę dla widoków na Zatokę. Tutaj można też zjeść lunch, najlepszą i najdroższą opcją będzie smaczna i widokowa restauracja Asador Portuondo, zaś zdecydowanie bardziej przyjazna dla kieszeni a równie piękną widokowo restauracja/bar Txakolí Portuondo, w której specjalizują się w kurczaku. W tej pierwszej wcześniejsza rezerwacja miejsca jest konieczna, w tej drugiej można zjeść w każdej chwili, choć muszę przyznać, że byliśmy poza sezonem, a kolejka była ogromna.

Gaztelugatxe

Tą malutką wyspę z lądem łączy most i aby się na nią wspiąć trzeba pokonać 230 albo 237 schodów (nie liczyłam, a źródła różnie podają). Zanim jednak dotrze się do schodów, trzeba założyć jeszcze 30 minut spaceru z parkingu. Na samym jej szczycie znajduje się kaplica Św. Jana Chrzciciela z dzwonem rozbrzmiewającym po okolicy, za każdym razem gdy dorwą się do niego turyści😊 Wspaniała atrakcja dla dzieci i dorosłych😊 Z wyspy roztaczają się piękne widoki na okolicę i Zatokę Biskajską. Dodatkowym atutem wyspy jest fakt, że stanowiła ona plan zdjęciowy w serialu Gra o Tron, w którym „zagrała” twierdzę Smocza Skała. To pewnie spowodowało, że możecie się spodziewać tutaj wielu turystów.

Bodega Crusoe Underwater Winery – czyli podwodna winnica

W miejscowości Plentzia polecono nam, by odwiedzić winnicę, która słynie z tego, iż swoje wina składuje pod wodą, a dokładnie pod wodami Oceanu Atlantyckiego. Można się umówić na degustację wina na lądzie lub popłynąć łódką wokół Zatoki Plentzia by skosztować wina, a nawet zobaczyć jego podwodne składowanie. Niestety nie zarezerwowaliśmy wcześniej tej atrakcji więc musieliśmy się obejść smakiem, zdążyliśmy jednak popatrzeć na wody Oceanu i kilkudziesięciu (1) surferów, którzy w połowie marca walczyli z falami Oceanu przy zachodzącym słońcu.

Getxo

Nasz wieczór zakończyliśmy w najlepszej ponoć knajpie w niedalekim Getxo, gdzie mogliśmy spróbować świeżej ryby. Wybraliśmy turbota, prezentował się pięknie i tak też smakował. Knajpa nazywa się Karola Etxea i z czystym sumieniem polecam ją wszystkim entuzjastom świeżych owoców morza. Byliśmy poza sezonem a do wyboru mieliśmy kilka świeżych ryb, krewetki i homary. Położona jest przy starym porcie rybackim i znajduje się w dawnym domu rybaka. Warto poświęcić trochę czasu na spacer uliczkami w tym miejscu, gdyż są naprawdę urocze.

W Getxo jest też piękna plaża i promenada, warto pochodzić nawet poza sezonem (a może w szczególności poza sezonem, gdyż w sezonie są tu tłumy ludzi).

W Getxo znajduje się też nad ujściem rzeki Nervion, Most Biskajski łączący Getxo z Portugalete. Jest to most gondolowy, co oznacza, że do przęsła znajdującego się 45 metrów nad wodą podwieszona jest na długich linach gondola, która może przewieźć co 8 minut jednorazowo 8 pojazdów i kilkudziesięciu pasażerów w ciągu 1,5 minuty (podaję to za Wikipedią).

Z Getxo wróciliśmy nocą do Bilbao. Moja rada dla każdego, kto chciałby powtórzyć tę wycieczkę jest taka, by wyjechać rano, nie później niż g. 9.00. Najlepiej jeszcze wcześniej, wówczas jest więcej czasu na niespieszny lunch i odwiedzenie winiarni.

 

Dzień trzeci

Nasz wylot był popołudniem więc trzeciego dnia zdążyliśmy jeszcze odwiedzić Muzeum Sztuk Pięknych (Bilbao Fine Arts Museum), Azkuna Zentroa (poniżej napiszę co to takiego) i prawie wjechać kolejką Funicular Bilbao na wzgórze z widokiem na miasto.

Muzeum Sztuk Pięknych w Bilbao

Od razu napiszę, ze można tutaj robić zdjęcia (bez flesza), choć znowu zostałam upomniana, gdyż okazało się, że wyjątkiem jest wystawa After’ 68. Zdjęć z wystawy robić nie wolno więc w galerii zamieszczam tylko te, które zrobiłam do czasu upomnienia😊

Wejście na wystawę poprzedza urwany sufit w Muzeum i leżące na podłodze kawałki blachy, gipsu, kabli itp., które w pierwszej chwili sprawiają wrażenie, że Muzeum właśnie spotkała katastrofa, ale spokojnie, to tylko zachęta do obejrzenia wystawy After’ 68, składającej się ze sztuki baskijskiej po roku 1968.

A jeśli chodzi o prezentację kolekcji w muzeum, to sposób jest dość oryginalny. Kolekcja jest prezentowana  według liter alfabetu i tematu na daną literę i jest fenomenalna. Niektóre tematy to mama, deszcz, kolor, wojna. Bardzo ciekawy sposób prezentacji sztuki!

Wstęp do Muzeum kosztował 10 EUR.

 

Azkuna Zentroa

To centrum kulturalne urządzone w starej winiarni, przeprojektowane przez inną gwiazdę światowej architektury Phillipe Starcka. Chociaż w centrum odbywają się różnego rodzaju wystawy, jest bogata mediateka, to przyczyną mojej wizyty była właśnie architektura. Uwagę zwracają 43 kolumny, każda z innego materiału i o innym kształcie. Dla fanów architektury, miejsce warte odwiedzenia.

 

 

Artxanda’s funicular – to kolejka, która wjeżdża na wzgórze, z którego roztacza się widok na miasto. Niestety nie do końca było nam dane tego doświadczyć, gdyż po wbiciu do nawigacji Artxanda’s funicular, zaprowadziła mnie ona w zupełnie inne miejsce. Też było wzgórze, ale prowadziły nań schody. Było stromo, było ich dużo, a widok okazał się być taki sobie. Nie mieliśmy już jednak czasu naprawić swojego błędu więc lepiej sprawdźcie gdzie dokładnie ta kolejka jest😊

http://www.bilbaoturismo.net/BilbaoTurismo/en/funicular

 

 

Gdzie spać w Bilbao?

Najlepiej poszukać noclegów na booking.com lub Airbnb.com i dopasować do swoich potrzeb i możliwości finansowych, wybór jest spory. My spaliśmy w apartamencie znalezionym na booking.com:

https://www.booking.com/hotel/es/piso-amplio-cristo.pl.html

który kosztował 1200 zł/1 noc dla 4 osób. Apartament był świetnie położony, dobrze wyposażony i ładnie urządzony, ale w piątkowy i sobotni poranek słychać było w jednej z sypialni dość mocno głosy dochodzące z ulicy, gdy wracający z imprezy muszą ogłosić światu, jak świetnie się bawią.

No i na koniec, dajcie znać, czy kogoś przekonałam do weekendu w Bilbao!

 

 

Maria Pertek: Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Od niedawna blogerka.