fbpx

Może to pogoda w listopadzie, bo padało, wiało, a Wenecja tonęła po kolana w wodzie, może to sztuka, która swym przesłaniem niepokoi, stawia pytania, a często  pozostawia bez odpowiedzi, ale ten przedostatni weekend listopada, pozostawił mnie z otwartym pytaniem dokąd zmierza ten świat i niepokojem w sercu, co zastaną nasze dzieci, gdy już dorosną…

Ale po kolei. Najpierw słowo o Wenecji. Była piękna jak zawsze, urocza, z wypłowiałym błękitem wody albo butelkową zielenią uderzających o mury fal – wszystko w zależności od światła i miejsca. Niestety w tym czasie przypadały też kulminacyjne fale zalewające miasto, cyklicznie co kilka godzin. Przypływ i odpływ. W hotelu porozstawiane były ogłoszenia z sinusoidami przypływów i odpływów a w mieście kwitł plastikowy biznes kaloszowo-paltowy. Miejscowi zaopatrzeni byli w gumiaki aż po koniec ud więc brodząc po Placu Świętego Marka, nie musieli w ogóle patrzeć, czy woda wdziera się do buta. Niektórzy turyści wydawali się być zaskoczeni przychodzącą falami powodzią, bo chodzili boso lub w skarpetach dzierżąc w ręce buty. Zdjęciom tej katastrofy nie było końca. Co chwilę jakaś telewizja nadawała relację lub jakiś urzędnik lub inny ważny człowiek przemawiał do mikrofonu. Wenecjanie twierdzili, że to normalna sytuacja, tylko tym razem utrzymuje się dłużej. Ze sklepów wodę pompowano rurami na zewnątrz, zaś sprzedawcy nie obsługiwali klientów, dopóki, nie pozbyli się  wody na zewnątrz po kolejnej fali. I tak w kółko po kolejnym przypływie i względnym spokoju przy odpływie. Zresztą popatrzcie na miasto sami. Plac Świętego Marka zalany o godzinie 10 rano, gdy przechodziłam kilka godzin później, był już bez wody. Tak samo w sobotę i niedzielę.

 

 

La Biennale di Venezia

Tematem przewodnim 58 Biennale było „May you live in interesting times’, co w dowolnym tłumaczeniu oznacza „obyś żył w ciekawych czasach”. Niby jest to przysłowie chińskie, taka ironia i przeciwstawność do życia w „nieciekawych” czasach czyli spokojnych, choć gdzieś wyczytałam że wcale nie było to przysłowie chińskie. Artyści przedstawiali dzieła, w których było dużo niepokoju i refleksji na temat naszej egzystencji i burzliwości czasów, w jakich żyjemy. Sam kurator wystawy Ralph Rugoff, powiedział o niej: „Sztuka nie powstrzyma wzrostu nastrojów nacjonalistycznych i autorytarnych tendencji w różnych stronach świata ani nie naprawi tragicznego losu globalnych uchodźców. Jednak pośrednio może udzielić wskazówek na temat tego, jak żyć i myśleć w ciekawych czasach”.

Dzisiaj, gdy piszę te słowa, jest już kilka dni po mojej wizycie w Wenecji więc napiszę o tym, co zapamiętałam najbardziej. Oficjalna część imprezy odbywała się w Arsenale i w pawilonach Giardini. Te ostatnie przydzielone są państwom, które je utrzymują, by następnie w nich wystawiać sztukę. Z tego co wyczytałam pawilony przydzielone były już dość dawno, od tego czasu doszło wiele nowych państw jako uczestników Biennale więc sztuka wystawiana jest w dodatkowych miejscach rozsianych po całym mieście.  A oprócz tego jest wiele imprez, wystaw towarzyszących, ze sztuką prezentowaną w galeriach, czy innych punktach w mieście. Ja miałam tylko półtora dnia, do tego czasem traciłam dużo czasu przez brnięcie przez wodę, a do tego jeszcze, chociaż sztukę w Giardini i Arsenale chciałam obejrzeć w sobotę a niedzielę przeznaczyć na wybrane dwie wystawy towarzyszące, to życie pokrzyżowało mi plany. Gdy miałam już wejść do pawilonu Ghany a potem Filipin (była do niego bardzo długa kolejka, co wskazywało na ciekawą sztukę), to zadzwonił Tomek i powiedział, że złodzieje ukradli moje auto. Pojechał nim zawieźć Ninę na urodziny do jej kolegi i gdy wyszedł z centrum handlowego mojego auta już nie było… Choć jest ono ubezpieczone, kradzież to jednak same kłopoty (nawet jeśli chwilowe) i skutecznie odebrało mi to chęć oglądania sztuki. Wróciłam do hotelu by się zastanowić nad swoją przyszłością w Wenecji, a tymczasem Tomek ponownie zadzwonił, że auto odnalazło się kilka alejek dalej, przestawione przez złodzieja, prawdopodobnie „tylko” skopiował w ten sposób elektroniczny klucz…

W każdym razie następnego dnia wróciłam do Ghany i Filipin i nie żałuję, gdyż Ghana była jedną z piękniejszych wystaw na Biennale, a Filipy również były bardzo interesujące. Poza zobaczę jednak dodatkowej wystawy, gdzie była kapsuła Sarco (na końcu o tym piszę), żadnych wystaw towarzyszących nie udało mi się już zobaczyć.

Na szczęście Ghana miała piękne obrazy malarki Lynette Yiadom-Boakye, zdjęcia fotografki Felicii Abban z portretami kobiet, ciekawą architekturę pawilonu i poruszający film o teraźniejszości i przyszłości (przynajmniej ja go tak odebrałam).  Cały pawilon był intelektualną ucztą dla oczu i duszy.

zdjęcia fotografki Felicii Abban z Ghany

 

El Anatsui Yaw Berko – praca z aluminium i kapsli po butelkach. Pawilon Ghany

 

Obok znajdował się pawilon filipiński z wystawą „Island weather”, gdzie prezentowane były imponujące rzeźby, instalacje flirtujące z nasza percepcją i postrzeganiem rzeczywistości a nawiązujące do Filipin, państwa wielu wysp i zmian klimatycznych.

 

Pawilon filipiński Island Weather

 

Niedaleko Ghany i Filipin stanął też jeden z bardziej kontrowersyjnych chyba śmiało mogę napisać eksponatów Biennale.  Wrak statku Cosa Nostra, który zatonął u wybrzeży Libii przewożąc w 2016 roku uchodźców. Zginęło wówczas 700 uchodźców, a może i więcej. Patrząc na statek nie mam pojęcia jak tyle osób mogło się tam pomieścić… natomiast ta sztuka autorstwa Christopha Büchela. bardzo podzieliła odbiorców Biennale. No bo czy to jeszcze jest sztuka? Wyłowiony wrak, posadowiony na terenie dawnej stoczni, gdzie tutaj artyzm pyta wielu? Inni podkreślają też niejako żerowanie na tematyce uchodźców, gdy praca wyrwana z kontekstu, posadowiona w innym miejscu, może stanowić de facto bagatelizację ludzkiej tragedii. Sam kurator Biennale Ralph Rugoff, natomiast w jednym z wywiadów tłumaczył: „To jedna z tych rzeczy, które widzisz w gazecie albo telewizji, ale kiedy konfrontujesz się z nią na żywo, wzbudza w tobie zupełnie inne emocje. Czujesz ją inaczej, inaczej przetwarzasz informacje. A to skutkuje zmianą myślenia”. I coś w tym jest, bo nie przeszłam obok wraku obojętnie.

 

Cosa Nostra autorstwa Christopha Büchela

 

O pawilonie polskim i rzeźbie – instalacji Romana Stańczaka „Lot” rozpisywały się wszystkie gazety w kraju. Samolot przenicowany na druga stronę. Dosłownie. Na stronie www.labiennale.art.pl tak wyczytałam: „Nicowanie jest o nadziei” — mówi Roman Stańczak w jednym z wywiadów poświęconych projektowi Lot. Zabieg nicowania ma tu wymiar duchowy — to „przygotowanie do umierania”, przechodzenia na drugą stronę, tworzenia przez niszczenie, a zarazem docierania do istoty obiektu. To także komentarz do skutków transformacji ustrojowej i gospodarczej, widocznych zarówno w przestrzeni kultury materialnej, jak i w społeczeństwie.”

 

Roman Stańczak i „Lot” w polskim pawilonie

 

Bardzo poruszająca była też wystawa Nataschy Sadr Haghighian w pawilonie niemieckim. Z jednej strony były głośniki, z których wydobywały się bardzo niepokojące dźwięki symbolizujące odgłosy pochodzące z obozowiska uchodźców, oddzielone od drugiej sali wielką, wyglądająca na betonową lub kamienną,  zaporą, z której przez wąska szczelinę docierały niepokojące dźwięki, niesione echem wyciekającej wody.

 

pawilon niemiecki i wystawa Nataschy Sadr Haghighian

 

Z Meksyku z kolei przyjechał mur artystki Teresy Margolles, zbudowany z pustaków. Szarych, brzydkich, zakończonych drutem kolczastym. To część muru, jaki postawiono wokół szkoły podstawowej w Meksyku, aby osłonić dzieciaki przed rządzącymi na ulicy gangami narkotykowymi i ich codziennymi strzelaninami. To symbol porażki społeczeństwa, podziurawiony kulami sam wierci dziurę w głowie, jak mogło do tego dojść, że gangsterzy zamiast w otoczeniu murów, chodzą bezkarnie po ulicach, a dzieciaki zamyka się szczelnie i otacza wysokim murem z drutem kolczastym, by mogły żyć. PRZERAŻAJACE.

 

meksykański mur Teresy Margolles

 

Zaraz naprzeciwko muru stał robot Kuka. To praca dwójki artystów z Chin. Sun Yuan i Peng Yu pod nazwą „ Can’t Help Myself”. Ten robot przypominał człowieka… wzdychał, męczył się, zbierał coś jakby krew. Czyją? Nie wiem. Machał, groził, zbliżał się i niepokoił…

 

robot pary artystów Sun Yuan i Peng Yu pod nazwą „ Can’t Help Myself”

 

Niestety nie było mi dane obejrzec nagrodzonego pawilonu litewskiego, bo był już zamknięty. I na koniec coś, co wywołało u Was najwięcej emocji. Tylko czy to jest sztuka, czy ładnie wykonany przedmiot użytkowy? Kapsuła Sarco czyli kapsuła do umierania. Ma pomóc w humanitarnym odebraniu sobie życia. została zaprojektowana przez doktora Philipa Nitschke, który jak wyczytałam, jest znany z działalności na rzecz legalizacji eutanazji.

Wypełnia się test w internecie po którym dr Nitschke ocenia gotowość i zasadność czyjejś śmierci i daje lub nie, kod. Jak ktoś chce odebrać sobie życie musi wpisać kod, wejść do kapsuły i nacisnąć przycisk, którym potwierdzi, że jest gotowy na śmierć. Wnętrze maszyny wypełni się ciekłym azotem i Człowiek umrze w ciągu kilku minut z powodu zatrzymania akcji serca lub uduszenia. Wieko maszyny jest przeszklone i można patrzeć na najbliższych lub przemieścić się wraz z kapsułą w jakieś ulubione miejsce i tam umrzeć… pierwsza taka śmierć ma nastąpić już wkrótce w Szwajcarii.

 

kapsuła Sarco

 

Poniżej w galerii zdjęć, zamieściłam część sfotografowanej przeze mnie sztuki. Popatrzcie, oceńcie, zainspirujcie się, niestety czasowo nie jestem w stanie opisać każdego jednego zdjęcia, czego żałuję bardzo, ale zachęcam Was by choć raz pojechać do Wenecji, Jesli nie na Biennale, to w trakcie Biennale. A ja już czekam na przyszłoroczne Biennale Architektury.

I oczywiście jestem bardzo ciekawa, jak Wam się podoba pokazywana sztuka współczesna. Dajcie znać!

 

 

Maria Pertek: Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Od niedawna blogerka.