fbpx

Co zrobić by nie zwariować?

Niestety nie mam dla Was prostej rady i obawiam się, że ona nie istnieje. Sama każdego wieczora dziękuję sobie, że udało mi się dotrwać do tej chwili a rano wstaję z poczuciem, że to jakiś dzień świstaka i zaczynam kolejny bieg przez płotki. Nauka zdalna (zaraz Wam napiszę jak sobie z tym dalej radzimy), praca zdalna z domu i obmyślanie kolejnych planów strategicznych na przetrwanie, do tego rozwiązywanie problemów, które zaczęły narastać, czy to między dziećmi, czy to ze sprzętem, który zaczął się psuć (a to piec gazowy, a to zmywarka, a to nagle drzwi zaczęły opadać, w weekend jeszcze odkryłam dwa gniazda os na ogrodzie i nie działającą kosiarkę…) do tego docierające zewsząd smutne wiadomości i milion teorii spiskowych nie napawają optymizmem (nie,  nie wierzę w spisek nadprzyrodzonych sił tego świata, ani w to, że to nie wirus tylko telefonia 5G) , a dochodzi jeszcze logistyka z wyjściem z domu po zakupy – maska, rękawiczki, odkażanie po powrocie, istny sajgon i oszaleć można! Jak zatem sobie radzę z tym, że nic nie jest takie jak miało być a jest takie jakie jest?  Ja postanowiłam zadbać o …. swój stan umysłu, cała reszta może poczekać? Ale po kolei.

Po pierwsze Iwo radzi sobie świetnie – sam już umie zalogować się do zooma i odbyć swoje lekcje online. W ogóle już w nich nie uczestniczę, sam wpisuje kolejne numery konferencji i się łączy! Nauka we własnym zakresie idzie mu tak sobie (czyli poza lekcjami online), ale nie zmuszam, uważam że dużo ważniejsze jest teraz nie zwariować, aniżeli przymuszać do ćwiczeń. Zresztą, pamiętam wytyczne ze szkoły Iwa – absolutnie nie zmuszać, dziecko ma chcieć samo. No to czasem chce samo, a czasem nie chce… Może gdybym miała więcej czasu i mogła go bardziej zachęcić, byłoby inaczej, ale więcej czasu nie mam, że doba nie jest z gumy już wiemy. Natomiast ku mojemu zaskoczeniu ze szkoły Iwa przyszedł email, w którym Prezes – ojciec założyciel napisał, jakie są oszczędności szkoły w czasie epidemii (typu obniżony czynsz, mniejsze płatności za energię, zaoszczędzone pieniądze na materiały dydaktyczne dla dzieci, itp.) i o 2/3 z tej kwoty obniżono czesne (podzielono na ilość dzieci w szkole) a 1/3 tej kwoty przeznaczono na fundusz wsparcia dla rodzin, które zostały już dotknięte ekonomicznym skutkiem epidemii. To się nazywa odpowiedzialność i solidarność! Jeszcze bardziej poczułam się częścią tej społeczności i przekazałam swoją część obniżki na fundusz wsparcia.

Ninka niestety nie mogła liczyć na wsparcie w swojej szkole. Mogłam nad tym ubolewać, mogłam machnąć ręka i pójść dalej. Wybrałam to drugie rozwiązanie, gdyż moja kolejna prośba o nadesłanie materiałów, które mogę wydrukować została zbyta milczeniem. Z bólem serca, ale rozwiązałam umowę o opiekę i nauczanie Niny w trybie natychmiastowym, gdyż szkoła nie była w stanie w zmienionych warunkach dać mi tego do czego mogłabym się dostosować. Kilkugodzinne lekcje online w przypadku Niny (lat 5 i 3 miesiące) nie wchodziły w grę, ani Ninka nie dawała rady, ani ja czasowo i organizacyjnie.  Kilka dni po rozwiązaniu umowy przyszła faktura na kolejny miesiąc, z zaciekawieniem tylko odnotowałam, że szkoła, choć zaoszczędziła na energii elektrycznej, sprzątaniu, materiałach dla dzieci a też zrezygnowała z części zajęć (np. przysłali wcześniej maila, że jęz. polskiego nie będzie), wystawiła faktury za nauczanie w pełnej wysokości. No cóż, ja już nie czuję się częścią tamtej społeczności, a Ninka chce do szkoły Iwa, bo też chce się uczyć… jakoś to przeżyjemy, nie chcę szkole Niny źle wróżyć, ale mam obawy, że we wrześniu może mieć jeszcze wolne miejsca…

Do tego późnymi popołudniami robimy wspólnie eksperymenty lub jakieś plastyczne zajęcia lub jeszcze jakieś inne ale z rodzaju łatwe, lekkie i przyjemne. Z tego tygodnia nasze ulubione (oba podpowiedziane przez szkołę Iwa) to wybuch wulkanu i chmura. Na koniec wpisu podaję Wam „przepisy” na nie.

Tyle jeśli chodzi o dzieci, na pewno trochę brakuje im mamy, bo niby jestem obok, ale zajęta pracą nie mam czasu dla nich. To też jest trudne, ale jakoś sobie z tą myślą radzę, wcześniej byłam przecież fizycznie w pracy w tych samych godzinach. Po prostu dzieci trochę się nudzą, zwłaszcza Nina, bo Iwo opanował już skypa i jest w kontakcie ze swoim kolegą. Może jest za dużo bajek i filmów, ale zajmę się tym po pandemii, na teraz są inne problemy do zaadresowania.

A jeśli chodzi o mnie, pierwszy tydzień izolacji był tygodniem zamartwiania się (bo wiedziałam, że na 2 tygodniach to wszystko się nie skończy i widziałam już skutki bezpośredniego oddziaływania na gospodarkę),  aż w końcu powiedziałam DOŚĆ i postanowiłam sama dać sobie wsparcie. Nie mam wpływu na to co koronawirus wyprawia na świecie. Mam wpływ na to, jak ja się w tym odnajduję. Po pierwsze, teraz wstaję o 5 rano i ćwiczę pilates. Mam taką starą płytę CD (!) z ćwiczeniami Raela Isacowitza sprzed jakichś dwudziestu lat i od 24 marca przez 45 minut rano skupiam się na swoim ciele.  Wiem, że jest dużo ćwiczeń w necie, ale dla mnie ten pilates z Raelem jest najlepszy póki co więc nie szukam innego.. Ale jak mi tak dalej dobrze pójdzie, to pewnie wejdę na poziom drugi i poszukam czegoś więcej. W tym całym chaosie, rutyna tych samych, spokojnych ćwiczeń, bardzo uspokaja, zresztą pilates wpływa nie tylko na ciało ale tez wycisza umysł (nie mam żadnych badań, po prostu sama to zauważyłam).

Po drugie oddech. Mamy to cholerne szczęście, że mamy gdzie wyjść na dwór. Nie dość, że ogród, to jeszcze pola i łąki wokół. Nie ma ludzi. Chodzę na spacer z psem, oddycham i robię co mogę, by wyłączyć na chwilę myślenie i skupić się na tym co widzę i  czuję wokół (zapachy!). A są już pierwsze pąki na drzewach, woda w rzece płynie jak płynęła, konie i krowy pasą się dalej. Bardzo mi to pomaga. Potem zaczyna się szaleństwo z home officem i organizacją dzieci. Na szczęście jest wieczór, gdy to się kończy a my mamy wtedy swoje ulubione zabawy. Pierwsza to udajemy jakieś zwierzęta np. ja jestem lwem, Nina gepardem a Iwo słoniem i na siebie polujemy na łóżku. Dzieciaki to uwielbiają! Jest krzyk, zamieszanie, rzucamy się na siebie, szczerzymy kły a całość kończymy przytulaniem. Druga ulubiona zabawa to odgadujemy jakie zwierzątko ktoś ma na myśli. Można zadawać tylko pytania, na które odpowiedź jest tak lub nie. Najczęściej myślimy o zwierzętach z Afryki… i tak dobijamy do wieczora i rankiem zaczynamy wszystko od nowa.

Radząc sobie z tą trudną sytuacją, odcięłam się też od wszystkich wiadomości, które mnie irytowały. Nie jestem w stanie przyjąć więcej. Trudno, może mnie ktoś wyrzuci z Facebooka, może usunie numer telefonu, może zrobię to ja, ale nie jestem w stanie słuchać o tym, że teraz to już trzecia wojna światowa.

Oddech i skupienie na tym co tu i teraz. Bywa trudno, ale to mój sposób na przetrwanie. Do tego z większym zainteresowaniem śledzę profil na Facebooku @Nic nie jest potem Olgi Ambrozowicz, która w czwartki o 21 prowadzi praktykę uważności wieczorową porą. To godzina dla mnie. Olga pisze tak „Przejdziemy razem przez uspokojenie umysłu, osadzenie i spoczywanie ze wsparciem oddechu. Intencją tego spotkania będzie OBECNOŚĆ. Jak by to było pozostać w kontakcie ze sobą niezależnie od tego, co akurat się pojawia w naszym doświadczeniu. Znamy to dobrze – lubię, nie lubię, to jest mi obojętne. Niektórych uczuć lub myśli o sobie nie możemy znieść tak bardzo, że odcinamy się od nich. W rezultacie mamy stopniowo coraz mniej kontaktu ze sobą. Skoro coś i tak się w nas pojawia, równie dobrze możemy to zauważyć. Weź wdech – uwolnij wydech” i tak skupiam się z nią na tym oddechu i jest mi po prostu lepiej. Niedługo ruszy pełen kurs mindfulness, nie wiem jednak czy się zapiszę, nie wiem, czy jestem w stanie wziąć na siebie kolejne zobowiązanie. Na razie oddycham i na tym się skupiam, a WY jak sobie radzicie? Napiszecie??

Przepis na wulkan:

Do raczej wąskiego naczynia (ja dałam kieliszek do koniaku, bo takie coś miałam pod ręką, totalnie nieużyteczne w tej chwili), dajesz 5 łyżeczek sody oczyszczonej, 4 łyżeczki płynu do mycia naczyń, barwnik spożywczy (ja miałam super pomarańczowy olejek do ciast) i na koniec wlewasz ocet i to ten ocet powoduje, że lawa wycieka. Dla lepszego efektu warto naczynie „obudować masa solną”.

Przepis na masę solną: półtorej szklanki mąki, ¾ szklanki wody, szklanka soli – wszystko ugnieść i oblepić naczynie; jeśli szkoda Wam materiału na masę solną, to otoczcie szklane naczynie bibułą lub tym co macie pod ręką.

 

Przepis na chmurę:

Do słoika wlewamy do połowy gorąca wodę, potem kładziemy na nim nakrętkę do góry nogami a na nakrętkę kładziemy kostki lodu. Po 3 minutach wrzucamy do środka zapaloną zapałkę, znowu nakrywamy nakrętką słoik i obserwujemy. Jak już chmura utworzy się w środku zdejmujemy nakrętkę i uwalniamy obłoki.

Maria Pertek: Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Od niedawna blogerka.